Podróże po świecie – Frihet http://www.frihet.pl Życie jest wędrówką Sat, 28 Nov 2015 13:40:12 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.6.1 Wyprawa na Ukrainę http://www.frihet.pl/2015/07/wyprawa-na-ukraine-2/ http://www.frihet.pl/2015/07/wyprawa-na-ukraine-2/#respond Tue, 28 Jul 2015 15:46:18 +0000 http://www.frihet.pl/?p=6289

Zamek Koniecpolskich - Podhorce

Zamek Koniecpolskich – Podhorce

Dawne polskie Kresy Wschodnie… Do dziś serca Polaków przepełnione są smutkiem i żalem z powodu utracenia tychże ziem. Czasu nie cofniemy… Co nam pozostało, to jedynie pielęgnować pamięć o tych dawnych polskich ziemiach, no i przede wszystkim pojechać w tamte strony, zobaczyć to co polskie, pogłębić przy okazji wiedzę o historii tamtych terenów i powzdychać mamrocząc pod nosem… to było kiedyś nasze. Głównie z tychże powodów ekipa Frihetu, w trzyosobowym składzie, wyruszyła w sentymentalną podróż tam, gdzie po horyzont pola, łąki, lasy i zapisane kilkaset lat polskiej historii…

Lwów – miasto liczy około 757 tys. mieszkańców (dane z 2013 roku).
Ukraina – 45,49 miliona mieszkańców ; 603 700 km2 (ok. 7 mln więcej ludności od Polski, przy powierzchni kraju prawie dwukrotnie większej od Polski).

Ruch uliczny we Lwowie: królowała zasada: kto pierwszy ten lepszy, nieprzestrzeganie sygnalizacji świetlnej, przechodzenie przez drogę gdzie się da, wyprzedzanie nawet z prawej strony 🙂

Nocleg:
Kompleksowe Usługi Turystyczne
Jadwiga Sabadasz
79-008 Lwów, ul. Piekarska 38 m. 3
tel./fax: +38 0322 75-43-95
kom: +38 0662-552-301
[email protected]

– Kalendarium miasta Lwów –

Lwów zgodnie z tradycją został założony ok. 1250 na terenie Księstwa Halicko-Wołyńskiego przez księcia Daniela I Halickiego, wywodzącego się z dynastii Rurykowiczów, który nazwał miasto Lwowem na cześć swojego syna Lwa. Pierwsza wzmianka o Lwowie pochodzi z latopisu halicko-wołyńskiego z 1256, miasto wzmiankowane jest w związku z pożarem Chełma – stolicy Rusi Halicko-Włodzimierskiej.

Dzięki korzystnemu położeniu miasto przekształca się w najważniejszy ośrodek rzemieślniczo-handlowy. W 1340 po śmierci Bolesława Jerzego II – ostatniego księcia halicko-włodzimierskiego miasto, na podstawie umowy spadkowej podpisanej dwa lata wcześniej, przeszło pod berło króla Polski. Formalnie dopiero po wyprawie zbrojnej w 1349 roku Kazimierz Wielki przyłączył Ruś Czerwoną ze Lwowem i Haliczem do Korony. Wołyń z Łuckiem i Włodzimierzem zajął książę litewski Lubart, również spowinowacony ze zmarłym księciem halickim. W 1648 r. pod murami stanęły wojska kozackie Chmielnickiego i Tatarzy. Padł Wysoki Zamek, zdobyty przez kozaków. Samo miasto obroniło się, jednak musiało zapłacić olbrzymi okup Chmielnickiemu, aby doprowadzić do zakończenia oblężenia w listopadzie 1648 r.

Lwów w 1910 r. zamieszkiwało 206 000 mieszkańców, z czego ponad 105 tys. stanowili Polacy, 57 tys. Żydzi, a 39 tys. Ukraińcy. W latach bezpośrednio poprzedzających wybuch I wojny światowej Lwów był centrum polskiej działalności niepodległościowej w Galicji. Tu został utworzony przez Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Sosnkowskiego Związek Walki Czynnej (1908) i Związek Strzelecki (1910).

1 listopada 1918 roku – proklamowanie we Lwowie przez polityków ukraińskich Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, przejęcie władzy z rąk austriackiego namiestnika i zajęcie miasta przez oddziały armii austro-węgierskiej złożone z Ukraińców. Zbrojna kontrakcja polskiej ludności miasta (Orlęta Lwowskie). Próby opanowania Lwowa przez Ukraińską Armię Halicką trwały do czerwca 1919, ostatecznie wojska ukraińskie zostały odparte przez przybywające z odsieczą wojska polskie.

22 listopada 1920– odznaczenie miasta Orderem Virtuti Militari przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego.

Lwów został po kapitulacji 23 września 1939 okupowany przez Armię Czerwoną. 22 września 1939 dowódca obrony Lwowa gen. Władysław Langner podpisał z dowództwem sowieckim kapitulację, przewidującą m.in. bezpieczny wymarsz żołnierzy wojska polskiego (w tym oficerów) i policji w kierunku granicy z Rumunią, po uprzednim złożeniu broni – umowę tę strona sowiecka złamała po złożeniu broni aresztując wszystkich i wywożąc ich w głąb ZSRR.

29 czerwca 1941 – zajęcie Lwowa przez Wehrmacht. Okupacja niemiecka trwała do 23 lipca 1944.

30 czerwca do 2 lipca 1941 – o godz. 4.30 rano, siedem godzin przed zajęciem miasta przez Wehrmacht, wkroczył do miasta złożony z Ukraińców batalion Nachtigall: o godzinie 20:00 ukraińscy nacjonaliści ogłosili Akt odnowienia Państwa Ukraińskiego oraz powstanie tzw. rządu Jarosława Stećki; rozpoczął się pogrom Żydów lwowskich.

W 1943 – nasilenie bandyckich napadów i pojedynczych egzekucji przeprowadzanych przez Ukraińców na miejscowych Polakach w mieście.

Po zakończeniu II wojny światowej polscy mieszkańcy Lwowa zostali różnymi sposobami przymuszeni do wyjazdu na tereny Rzeczypospolitej Polskiej w powojennych granicach, a ich miejsce zajęła głównie ludność z głębi ZSRR oraz Ukraińcy wysiedlani z Polski.

31 marca 1946 władze sowieckie zamknęły rzymskokatolicką kurię metropolitalną, 3 czerwca 1946 zamknięto wszystkie kościoły lwowskie oprócz katedry. Starano się także zacierać ślady polskości, m.in. dewastując cmentarze (np. w 1971 Armia Radziecka zniszczyła ciężkim sprzętem cmentarz Orląt).

7 maja 2010 Rada Miejska Lwowa nadała honorowe obywatelstwo miasta Lwowa Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi. Utworzona przez Stepana Banderę frakcja OUN-B ponosi odpowiedzialność za zorganizowane ludobójstwo ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej, zaś Roman Szuchewycz bezpośrednią odpowiedzialność za zaakceptowanie taktyki wołyńskiej UPA i przeprowadzenie zorganizowanej czystki etnicznej na polskiej ludności Małopolski Wschodniej.

Ukraińskie władze samorządowe Lwowa po 1991 uczciły pamięć głównych przedstawicieli ukraińskiego nacjonalizmu także poprzez nadanie ulicom miasta ich nazwisk, m.in. we Lwowie znajdują się ulice: Stepana Bandery, Romana Szuchewycza, Dmytro Doncowa, Jewhena Konowalca, Andrija Melnyka, czy Jarosława Stećki. We Lwowie istnieje współcześnie także ulica Iwana Gonty – setnika kozackiego odpowiedzialnego za rzeź humańską z 1768.

14 października 2007 w 65 rocznicę powstania UPA we Lwowie odsłonięto pomnik Stepana Bandery.

We Lwowie znajdują się również ulice upamiętniające postaci polskiej historii i kultury: Aleksandra Fredrę, Marię Konopnicką, Mikołaja Kopernika, Tadeusza Kościuszkę, Ignacego Łukasiewicza, Jana Matejkę, Elizę Orzeszkową, Juliusza Słowackiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Stefana Banacha, a także Plac Adama Mickiewicza.

 
 13.06.2015

Trasa: Poznań – Lwów – Cmentarz Łyczakowski – Cmentarz Orląt
Dystans: 5,5km
Zobacz: Zobacz trasę
Pobierz: Pobierz trasę
Wykresy: Przewyższenia

 

Godzina 6:40 wyruszyliśmy w podróż na dawne nasze Kresy Wschodnie. Start odbył się z Poznania, trasa wiodła przez Łódź (autostrada A2) – Warszawę – Lublin, z Lublina na Zamość (w Zamościu zauważyliśmy ciekawy napis na murze jednego z budynków: „Bez radości z pracy nie ma radości z życia”) – Tomaszów Lubelski, dalej na przejście graniczne Hrebenne. Tuż przed samą granicą pomogliśmy w łataniu dziury budżetowej i złożyliśmy w ofierze 300 zł na poczet głodujących polityków w sejmie. Po przekroczeniu granicy (ok. 1.5h zeszło nam na przejściu granicznym) pozostała już tylko prosta droga wiodąca przez Żółkiew do Lwowa.

Ok. godz. 19:00 zameldowaliśmy się na ul. Piekarskiej 38 u naszej gospodyni, Pani Jadwigi Sabadasz. Po przeniesieniu bagaży z samochodu do naszego lokum udaliśmy się z panią Jadwigą na parking strzeżony, znajdujący się nieopodal naszego kwaterunku i zostawiliśmy tam samochód. (cena za parking – 20 hrywien za dzień). Wróciliśmy do mieszkania, chwile odsapnęliśmy i postanowiliśmy, że zwiedzimy jeszcze tego samego dnia Cmentarz Łyczakowski oraz Cmentarz Orląt Lwowskich.

Na Cmentarzu Łyczakowskim znajduje się cała masa różnych, różnistych, małych, dużych, ogromnych nagrobków postawionym zasłużonym Polakom, a także i Ukraińcom. Oprócz tego wzniesione są w tym miejscu ogromne grobowce rodzinne, kaplice, obeliski. Jednym z najbardziej znanych nagrobków znajdujących się na Cmentarzu Łyczakowskim jest nagrobek Marii Konopnickiej. Cmentarz zajmuje powierzchnię ponad 40 ha i podzielony jest na 86 pól grobowych poprzecinanych siecią alejek. Znajduje się tam ok. 300 tys. mogił w tym ok. 2 tys. ma formę kamiennych grobowców, natomiast 23 kaplice grobowe. Na grobach wzniesiono ok. 500 posągów [foto] i płaskorzeźb.

kresy_02

Cmentarz Orląt Lwowskich

Następnie spokojnym krokiem weszliśmy na teren Cmentarza Orląt Lwowskich (mianem Orląt Lwowskich określa się młodych mieszkańców Lwowa, którzy wobec braku we Lwowie regularnych oddziałów wojskowych Wojska Polskiego, w listopadzie 1918 ochotniczo walczyli o miasto z oddziałami wojsk ukraińskich. W skład oddziałów ochotniczych wchodzili studenci, robotnicy, urzędnicy, uczniowie, chłopcy i dziewczęta), który znajduje się na wydzielonym obszarze Cmentarza Łyczakowskiego.

Spośród pochowanych tam prawie 3 000 żołnierzy, większą część to Orlęta Lwowskie, czyli młodzież szkół średnich i wyższych oraz inteligencja. Przypomnijmy w tym miejscu nieco historię tego miejsca i smutnych wydarzeń z nim związanych.

Pod koniec I wojny światowej, gdy rozpadały się Austro-Węgry, dowództwo wojsk austriackich we Lwowie sprzyjało dążeniom kół ukraińskich do przejęcia władzy w mieście. Skutkiem tego w październiku 1918 w mieście stacjonowało kilka tysięcy żołnierzy narodowości ukraińskiej, przy braku we Lwowie żołnierzy narodowości polskiej wysłanych na inne, odległe od Lwowa odcinki frontu. Na początku października 1918 parlamentarna reprezentacja ukraińska postanowiła zwołać do Lwowa mężów zaufania ze wszystkich ziem Austro-Węgier: Galicji Wschodniej, Bukowiny, Rusi Zakarpackiej. 19 października 1918 na zjeździe we Lwowie ukonstytuowała się Ukraińska Rada Narodowa. Przyjęła ona rezolucję o utworzeniu państwa ukraińskiego, w którego skład miała wejść Galicja Wschodnia po San.

kresy_06

Cmentarz Orląt Lwowskich

1 listopada 1918 nad ranem Ukraiński Komitet Wojskowy przy pomocy żołnierzy ukraińskich ze stacjonujących w mieście austriackich pułków opanował najważniejsze gmachy publiczne we Lwowie, m.in. Namiestnictwo, Sejm Krajowy Galicji, Dyrekcję Policji, Ratusz, Pocztę Główną. Wprawdzie Ukraińcy przejęli władzę wojskową od austriackiej komendy wojskowej, a władzę cywilną od namiestnictwa, jednakże nie zdołali opanować całego Lwowa. Już od rana 1 listopada spontanicznie powstały dwa polskie punkty oporu. Polacy stanowiący przeważającą większość mieszkańców (60% Polaków, 30% Żydów, 10% Ukraińców) Lwowa (co przyznawali także Ukraińcy) nie mogli się pogodzić z myślą, że polskie miasto zostanie opanowane przez mniejszość ukraińską. Po pierwszym szoku do walczących placówek zaczęła napływać przede wszystkim młodzież. Żywiołowo i spontanicznie tworzono różne grupy i małe oddziały, które na własną rękę prowadziły walkę partyzancką. Już w pierwszych dniach w zachodniej części miasta tworzono oddziały i pododdziały, dowodzone przez młodszych oficerów i podchorążych, wywodzących się przede wszystkim z Legionów i Polskiej Organizacji Wojskowej, a także z armii austriackiej.

W walkach we Lwowie po stronie polskiej do 22 listopada 1918 włącznie uczestniczyło z bronią w ręku lub w służbach pomocniczych 6022 osób, w tym 1374 uczniów szkół powszechnych i średnich oraz studentów. 2640 nie przekroczyło 25 roku życia. Zginęło lub zmarło od ran 439 żołnierzy i członków wojskowej służby sanitarnej, w tym 12 kobiet. 120 poległych było uczniami, a 76 studentami wyższych uczelni. Z ówczesnych Obrońców Lwowa jeden miał zaledwie 9 lat, siedmiu po 10, a dwóch weteranów z roku 1863 po 75 lat.

W czasie walk o Lwów poległych grzebano na prowizorycznych cmentarzykach w pobliżu poszczególnych punktów oporu, między innymi obok Szkoły Kadetów, szkoły im. H. Sienkiewicza i w ogrodzie Politechniki. Po wygaśnięciu walk polskie władze Lwowa postanowiły ekshumować ciała zabitych i przenieść je na specjalnie wydzielony obszar, przylegający od strony Pohulanki do cmentarza Łyczakowskiego. Sprawą tą zajęło się powołane w 1919, z inicjatywy Marii Ciszkowej – matki jednego z poległych gimnazjalistów – towarzystwo Straż Mogił Polskich Bohaterów. Po zgromadzeniu odpowiednich funduszy rozpisano w 1921 konkurs na mauzoleum obrońców Lwowa, którego laureatem został student Wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej Rudolf Indruch – uczestnik walk o Lwów.

Najważniejszymi częściami Cmentarza Obrońców Lwowa są:
– stojąca na najwyższym wzniesieniu Kaplica Obrońców Lwowa [foto]
– katakumby rozłożone poniżej niej (katakumby leżą poniżej kaplicy i schodzi się do nich szerokimi, kamiennymi schodami. W ośmiu ich kryptach spoczywa 72 bohaterów, których ekshumowano z różnych odcinków frontu polsko-ukraińskiego.
– monumentalny Pomnik Chwały z trzema pylonami oraz łączącą je kolumnadą z dwunastoma kolumnami (do czasu zniszczenia jej przez sowieckie czołgi w 1971).

kresy_05

Cmentarz Orląt Lwowskich

W przeszłości wejścia od południa strzegły dwa kamienne lwy [foto], z których jeden miał na tarczy napis: „Zawsze wierny”, drugi zaś: „Tobie Polsko”. Nad sklepioną bramą środkową, ku której zbiegały się oba skrzydła kolumnady, wyryto łaciński napis: „Mortui sunt ut liberi vivamus” (Polegli, abyśmy żyli wolni) [foto]. Po przeciwnej stronie pomnika znajdowała się płaskorzeźba, przedstawiająca miecz na tle pięknej ornamentacji.

Skrzydła pomnika zamknięte były potężnymi pylonami. Na jednym z nich wyliczono miejsca walk z czasów obrony Lwowa, jak: Wulka, Szkoła Kadecka, Kozielniki, Persenkówka, Cytadela, Poczta Główna, Park Kościuszki, Dyrekcja Kolejowa, Góra Stracenia, Żółkiewskie, Zamarstynów, Kleparów, Koszary Bema, Dworzec Główny, Szkoła Sienkiewicza, Kulparków, Sokolniki, Zimna Woda, Rzęsna.

Na drugim pylonie wyliczono miejsca walk na terenie Małopolski Wschodniej: Winniki, Pasieki, Zubrza, Brzuchowice, Grzybowice Wielkie, Dublany, Malechów, Zaszków, Kulików, Żółtańce, Jaryczów, Laszki, Zadwórze, Kurowice, Mikołajów, Przemyślany, Gołogóry, Złoczów, Wołków, Cecowa, Zborów, Olejów, Załoźce, Jezierna, Tarnopol, Zbaraż. Odsłonięcie „Pomnika Chwały” nastąpiło 11 listopada 1934. [film]

Po włączeniu Lwowa do ZSRR w 1945 groby w katakumbach zostały splądrowane pod koniec lat 40 tych, a część grobów, epitafia i pomniki żołnierzy amerykańskich i francuskich walczących po stronie polskiej rozbito, gruz posłużył na fundament monumentu Lenina w centrum miasta. Ostatecznej dewastacji władze sowieckie dokonały w 1971 roku przy pomocy czołgów Armii Sowieckiej i maszyn budowlanych, gdy zniszczono kolumnadę i znaczną część pozostałych jeszcze grobów. Próbowano też zniszczyć wielkie pylony Łuku Chwały, które jednak skutecznie oparły się tym próbom, ostrzelano napisy na pylonach. Podcienia w katakumbach natomiast zamurowano i nadbudowano dodatkowe piętro, gdzie umieszczono zakład kamieniarski. Kamienne lwy, które stały niegdyś przed łukiem triumfalnym, przewieziono: jednego przed klinikę na Kulparkowie, drugiego na drogę wylotową do Winników. Przez najbardziej na wschód wysuniętą część cmentarza poprowadzono natomiast ulicę Stefana Banacha. W kolejnych latach miały jeszcze miejsce zniszczenia dokonywane przez wandali.

W okresie tzw. pieriestrojki w ZSRR, w roku 1989 pracownicy polskiej firmy Energopol, budującej elektrownię atomową w mieście Chmielnicki, zaczęli porządkować teren zdewastowanego cmentarza. Prace te podjęto z inicjatywy inżyniera Józefa Bobrowskiego. Pracownicy Energopolu w sposób półlegalny zabezpieczyli i częściowo odrestaurowali Cmentarz Obrońców Lwowa.

W grudniu 2001 władze Polski i Ukrainy zawarły porozumienie o kształcie cmentarza. W wyniku zawartego kompromisu napis na płycie mogiły brzmi: „Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę”, który jest kopią napisu na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie, gdzie spoczywa nieznany żołnierz podniesiony z mogiły na Cmentarzu Obrońców Lwowa.

W wyniku porozumienia zawartego 19 maja 2005 Rada miejska Lwowa zgodziła się na dokończenie ustalonych w porozumieniu z 2001 roku prac na cmentarzu, w tym na ponowne ustawienie figur na pomnikach: francuskich piechurów i amerykańskich lotników, nie wyraziła jednak zgody na ustawienie figur lwów przed centralnym pylonem łuku chwały ani na powrót Szczerbca na płytę Mogiły Pięciu z Persenkówki. W roku 2005 dyrektor cmentarza rozpoczął procedurę zmierzającą do usunięcia Szczerbca z płyty głównej, gdyż uznał go za symbol „polskiego militaryzmu”.

24 czerwca 2005 z udziałem prezydentów: Polski – Aleksandra Kwaśniewskiego i Ukrainy – Wiktora Juszczenki oraz zwierzchników dwóch katolickich obrządków Lwowa: łacińskiego – kardynała Mariana Jaworskiego i bizantyjsko-ukraińskiego – kardynała Lubomyra Huzara, odbyło się uroczyste otwarcie odbudowanego cmentarza.

Podsumowując krótkim, ale treściwym zdaniem: Dla Polaków Cmentarz Orląt pozostaje symbolem bohaterstwa, dla Ukraińców jest symbolem polskiej dominacji.

 
 14.06.2015

Trasa: Piekarska – Plac Mickiewicza – Wały Hetmańskie – Opera – Cerkiew Uspieńska – Arsenał Miejski – Cerkiew Przeobrażenie – Katedra Ormiańska – Katedra Łacińska – Kaplica Boimów – Llasztor oo. Bernardynów – Wysoki Zamek – Baszta Prochowa – Piekarska
Dystans: 17,5 km
Zobacz: Zobacz trasę
Pobierz: Pobierz trasę
Wykresy: Przewyższenia

 

Ranek rozpoczęliśmy od kilku nieudanych prób obudzenia Mariolki, ale w końcu zakończonych sukcesem. Później śniadanie (po roladce 🙂 ) z towarzysząca w tle znaną bajką z dzieciństwa o Wilku i Zającu (nu pagadi zajc) wyświetlaną na naszym telewizorze – prawie Rubinie z płasko-wypukłym ekranem [foto]. Po nabraniu sił ruszyliśmy na miasto.

Na początek udaliśmy się na Plac Halicki, gdzie dumnie na koniu pręży się król Daniło – władca ziemi halicko-włodzimierskiej, który w grudniu 1253 został w Drohiczynie koronowany przez legata papieża Innocentego IV, opata Opizo z Messano na króla Rusi. Tytułem króla Rusi tytułował się po raz ostatni wnuk Daniela, Jerzy Lwowicz (zm. 1308). Synowie Jerzego: Lew i Andrzej używali tytułu książęcego (odpowiednio – książę halicki i książę włodzimierski). Król Daniel Halicki około 1251 założył obronny gród Lwów, nazwany od imienia jego syna Lwa.

Następny w kolejności był plac Mickiewicza z dosyć okazałym pomnikiem naszego wieszcza. Przy pomniku, gdzie robiliśmy sobie fotki [foto] zaczepił nas jakiś „Dziadek”, który jak się okazało był członkiem Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. Opowiedział nam, że w 1920 na placu Mickiewicza Piłsudski uhonorował Lwów orderem Virtuti Militari.

kresy_14

Pomnik Adama Mickiewicza

Wyłożył przed nami karty swojego życia, opowiadając o tym, że jego rodzice zginęli zamordowani przez UPA w 1944 roku, jak to osierocony błąkał się po piwnicach różnych domostw (gdzie m.in. gryzły go szczury), aż w końcu został wcielony do armii ZSRR (stacjonował na wyspie Sachalin) i mężnie walczył ramię w ramię z towarzyszami przeciwko kapitalistycznym Stanom Zjednoczonym w Wietnamie. Jak to powiedział, walczył z Amerykańcami w odwecie za postanowienia z Teheranu, gdzie skrzywdzono Polaków zabierając im sporą część wschodnich ziem, dzisiejszych Kresów Wschodnich. Szczególnie wielką nienawiścią w swoim monologu pałał do Winstona Churchilla 🙂 . Ciągnąc dalej stwierdzał jednoznacznie, że to Anglicy byli odpowiedzialni za śmierć Władysława Sikorskiego. Za sterami miał siedzieć Kanadyjski pilot, który przeżył ten nieszczęśliwy wypadek. Co istotne pochwalił się tym, że znał osobiście brata Józefa Piłsudskiego – Bronisława, który jak twierdził powiesił się. Bronisław Piłsudski był etnografem, zajmującym się ludami i kulturami Dalekiego Wschodu, głównie ludem Ajnów, który obserwował na Sachalinie, a później na wyspie Hokkaido. W 1887 został wciągnięty w przygotowania do zamachu na cara Aleksandra III, wśród zamachowców znajdował się między innymi Aleksander Uljanow starszy brat Włodzimierza, znanego potem jako Lenin. Po dekonspiracji spisku został skazany na 15 lat ciężkich prac i zesłany na wyspę Sachalin, po 10 latach zesłania reszta wyroku została zamieniona na nakaz osiedlenia się bez prawa opuszczania rosyjskiego Dalekiego Wschodu, trzy lata później otrzymał od cesarskiej akademii nauk propozycję udania się na badania kultury Ajnów, Oroków i Mangunów na Sachalinie, w tym samym roku osiedlił się – już jako wolny człowiek – w wiosce Ai, gdzie ożenił się z Shinhinchou (Chuusamma, Ciuusamma), krewną wodza Kimury Bafunke, która urodziła mu syna o imieniu Sukezo i córkę Kyou. Synem Sukezo jest Kazuyasu Kimura, wnuk Bronisława Piłsudskiego mieszka i pracuje w Japonii, w Yokohamie. Bronisław do Europy przybył przez Stany Zjednoczone w 1906 i zamieszkał w Krakowie. Później przeprowadził się do Zakopanego i prowadził badania etnograficzne Podhala. Po wybuchu I wojny światowej wyjechał do Szwajcarii, włączając się w nurt działalności niepodległościowej. Pod koniec 1917 wyjechał do Paryża, gdzie w 1918 utonął w Sekwanie. Podejrzewa się, że była to śmierć samobójcza.

Od naszego dziadziusia kupiliśmy mapkę Lwowa z dawnymi i aktualnymi nazwami ulic za jedyne 5 zł polskich. Jednak nie to było najważniejsze. Kwintesencją wszystkiego było to, że Mariolka stwierdziła że ten poczciwy dziadzio miał grzybicę stóp, ale mogła go chociaż pochwalić, że przynajmniej nie ubrał skarpetek do sandał. 🙂

Po wysłuchaniu opowieści z przeszłości weszliśmy na promenadę Swobody (dawne Wały Hetmańskie), która prowadziła na wprost Teatru – Opery, przed którym znajdowała się fontanna [foto]. Nazwa ulicy Hetmańskiej i Wałów Hetmańskich pochodziła od umieszczonego tam w końcu XVII wieku pomnika hetmana wielkiego koronnego Stanisława Jabłonowskiego znakomitego dowódcy, obrońcy Lwowa przed Tatarami w 1695 roku. Pomnik ten został zniszczony przez Sowietów po II wojnie światowej. Przy Wałach Hetmańskich w latach 1898-1945 stał również pomnik króla Jana III Sobieskiego ekspatriowany po wojnie ze Lwowa, który przemieszkał wiele lat w Wilanowie, zaś od 1965 jest postawiony na Targu Drzewnym w Gdańsku.

Kolejnym punktem programu była Cerkiew Uspieńska [foto] (Wołoska). Weszliśmy do środka i załapaliśmy się tam na niezły event, mianowicie odbywały się tam uroczystości Bożego Ciała w wydaniu prawosławnym. Wyglądało to dosyć ciekawie. Pop stał na środku cerkwi, na podwyższeniu, dwukrotnie czy trzykrotnie przebierał się w inne szaty, machał zapalonymi świecznikami (jeden miał 2 świeczki, a drugi 3 świeczki) krzyżując je i jak gdyby błogosławiąc w ten sposób wszystkich zgromadzonych wiernych. Oczywiście ministranci bądź jacyś jego pomocnicy machali kadzidłami, nawiązywali jakby z popem jakiś dialog, bądź to słowem, bądź śpiewem. Chórek na górze wspomagał całą celebrację dostojnym śpiewem, głównie kobiet. Chyba ok 20 minut obserwowaliśmy to wydarzenie, nie wiedząc nawet, o co w tym wszystkim chodzi.

kresy_13

Arsenał Miejski – Zbroje husarskie

Nasyciwszy nasze oczy celebracją Bożego Ciała udaliśmy się do bardziej przyziemnej budowli, mianowicie Arsenału Miejskiego (mieściło się tam muzeum broni), gdzie oczywiście zainteresowały nas przede wszystkim zbroje husarskie [foto] i polska broń biała (niektóre eksponaty pochodzą ze sali rycerskiej z pałacu z Podhorców), a także ciekawy posąg Archanioła Michała [foto] walczącego z szatanem. Pod rzeźbą była tablica dedykacyjna z napisem: „Za panowania Władysława IV króla polskiego i szwedzkiego, w.x ruskiego pruskiego ect litewskiego posąg ten przez jenerała artylleryi Pawła Grodzickiego kosztem Rzeczypospolitej w 1643 r. z metalu odlany i niegdyś na arsenale osadzony następnie z zaniedbania wydobyty kosztem gminy miasta Lwowa odrestaurowany i ustawiony w 1873r”. Po wyjściu, tuż przy Arsenale zakupiliśmy miodówkę. Przed samym zakupem oczywiście można było spróbować, który produkt odpowiada nam najbardziej.

Po zwiedzeniu muzeum w Arsenale potruchtaliśmy na ryneczek staroci i różnych rękodzieł (znajdowały się tam: stare medale, pieniądze, stare przedmioty codziennego użytku, różne, przeróżniste rękodzieła: obrazy, wyroby drewniane, a także ubrania z motywem przewodnim w kwiatki). Po obejściu ryneczku z grubsza i chwilowej przerwie na piwko pod dachem jakiejś knajpki, bo z lekka zaczęło padać. Przy okazji siedząc podziwialiśmy Teatr Skarbkowski – teatr lwowski, mieszczący się w klasycystycznym gmachu, wzniesionym z funduszy hrabiego Stanisława Skarbka w latach 1837-1842, otwarty 28 marca 1842 i funkcjonujący do września 1900 r. Gmach powstał na miejscu dawnych bastionów otaczających Niski Zamek. Teatr spoczywa na 16 tysiącach bali dębowych przywiezionych z majątków Skarbka. W momencie powstania był największym teatrem w Europie, z widownią mogącą pomieścić 1460 osób.

Kolejne nasze kroki skierowaliśmy w progi Cerkwi Przeobrażenia [foto]. Dalszy maraton budowli sakralnych kontynuowaliśmy oglądając ciekawą Katedrę Ormiańską [foto] (katolicką 🙂 ) – jeden z najstarszych i najcenniejszych zabytkowych kościołów Lwowa, ufundowany przez Ormian w II połowie XIV wieku, będąca niemal od początku ośrodkiem biskupstwa ormiańskiego. Do 1945 roku świątynia była katedrą katolicką obrządku ormiańskiego pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Po II wojnie światowej, wraz z przyłączeniem Lwowa do ZSRR, wprowadzeniem ustroju komunistycznego i zmuszeniem Ormian do wyjazdu do Polski Ludowej katedra została zamknięta i przekazana jako magazyn Lwowskiej Galerii Obrazów. Funkcję tę pełniła do roku 2000. W latach 2000–2003 przekazana ustanowionej w 1997 roku diecezji Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, obejmującej Ormian przybyłych na Ukrainę po II wojnie światowej. Katedra ormiańska Wniebowzięcia NMP we Lwowie stanowi jedyny w swoim rodzaju przykład architektury o rysach orientalnych w Europie Środkowej. Wyjątkowość katedry ma związek ze specyficznym fenomenem wielonarodowego charakteru Lwowa, kształtującym przez stulecia niepowtarzalne oblicze tego miasta.

Wisienką na torcie była tzw. Katedra Łacińska – Bazylika Metropolitalna obrządku łacińskiego p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Siedziba lwowskich arcybiskupów obrządku łacińskiego. Jeden z bezcennych zabytków architektury gotyckiej na Ukrainie. Budowę świątyni rozpoczęto za czasów króla Kazimierza III Wielkiego w 1370 roku, a konsekracja miała miejsce w roku 1481. W ołtarzu głównym [foto] znajduje się łaskami słynący obraz matki Bożej Łaskawej, ozdobiony Złotą Różą przez Jana Pawła II w 2001 r.

kresy_16

Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej

1 kwietnia 1656 roku, w czasie potopu szwedzkiego w tej katedrze, przed cudownym obrazem Matki Boskiej Łaskawej złożył śluby lwowskie król Jan II Kazimierz. Przyrzeczenia królewskie miały poderwać do walki z najeźdźcami nie tylko szlachtę, ale i cały lud. Monarcha oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Boskiej, którą nazwał Królową Korony Polskiej i obiecał, że poprawi sytuację chłopów i mieszczan, kiedy tylko kraj zostanie uwolniony spod okupacji. Po ślubowaniu króla, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerzy koronny biskup krakowski Andrzej Trzebicki, zaś wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania. Ślubów tych dokonano z inicjatywy królowej Polski Ludwiki Marii Gonzagi, wzorowane były na ślubach kardynała Armand Jean Richelieu, który dwadzieścia lat przedtem, po pokonaniu swoich wrogów oddał Francję pod opiekę Matki Bożej.

21 października 1677 chrzest w katedrze otrzymał król Polski Stanisław Leszczyński.

Gdy już obejrzeliśmy dokładnie centymetr po centymetrze tą budowlę, rozpoczęła się msza w języku angielskim dla Afroamerykanów, przypominała nieco gospel, wierni klaskali, śpiewali. Odbywają się w tej katedrze oczywiście również msze św. dla Polaków.

Tuż przy katedrze znajduje się kaplica Boimów [foto], do której nie omieszkaliśmy nie wejść (manierystyczna grobowa kaplica lwowskiej rodziny kupieckiej Boimów. Jej fundatorem był pochodzący z Transylwanii Jerzy (György) Boim, kupiec i rajca miejski, sekretarz króla Stefana Batorego).

Zachwyceni poziomem artystycznym rzeźb oraz malowideł w tej kapliczce wyszliśmy i obraliśmy kierunek na kolejny cel dnia jakim był dawny kościół i klasztor bernardynów z murami obronnymi – dzisiejsza cerkiew św. Andrzeja.

Kościół i klasztor oo. Bernardynów znajdował się poza zasięgiem murów obronnych Lwowa, dlatego cały kompleks został ufortyfikowany i tworzył osobną warownię. Kościół bernardyński był świadkiem wielu ważnych wydarzeń; m.in. tu w 1621 wręczono buławę polną koronną Stanisławowi Lubomirskiemu, a w 1663 Jan Świderski przepraszał króla Jana III Sobieskiego w imieniu związku wojskowego. Sam kościół po zamknięciu po II wojnie światowej pozostawał niewykorzystany. Stał pusty i popadał w ruinę z powodu czynników atmosferycznych – wiele okien było rozbitych i zaciekał dach. Przekazany przez władze miejskie wraz z częścią dawnego klasztoru greckokatolickiemu zakonowi Bazylianów został otwarty w listopadzie 1991 jako cerkiew św. Andrzeja Apostoła. Obrządek Bazylianów jest najbliższy rzymskokatolickiemu, wiąże się z tym ich „tolerancja” wobec zachodnich form sztuki sakralnej, w szczególności akceptacja posągów i „zachodniego” stylu wystroju świątyni. Można przypuszczać, że z tym wiąże się mała ilość zmian we wnętrzu.

Na koniec tego aktywnego dnia udaliśmy się na najwyższy punkt widokowy na panoramę Lwowa tj. kopiec unii lubelskiej, usypany z okazji 300. rocznicy zawarcia unii lubelskiej (1569). Wzniesiony dzięki inicjatywie i wkładowi finansowemu Franciszka Smolki – polski prawnik, polityk liberalny, działacz społeczny, prezydent parlamentu austriackiego. W dniu poświęcenia kamienia węgielnego- 11 sierpnia 1869 r. wśród uroczystego, manifestacyjnego nastroju sypano tam ziemię ze wszystkich stron Polski, a nawet z grobów: Mickiewicza, Słowackiego. Ziemię pod kopiec brano ze splantowanego szczytu wzgórza, a kamienie w pewnej części z zabytkowych ruin zamku obronnego.

Po zrobieniu kilku zdjęć [foto] postanowiliśmy odszukać pozostałości Wysokiego Zamku. No i chyba się udało. Oto efekt detektywistycznej pracy [foto]. W drodze powrotnej na chałupę obejrzeliśmy sobie jeszcze na koniec Basztę Prochową [foto] – trzykondygnacyjną budowlę z piaskowca, położoną po wewnętrznej stronie murów obronnych, stanowiąca część systemu fortyfikacji Lwowa, wzniesiona w latach 1554-1556. Przed wybudowaniem w XVII w. arsenału miejskiego służyła do magazynowania prochu (w czasie wojny), zaś w czasach pokoju przechowywano w niej zboże. Była pokryta słomianym dachem, by w razie wybuchu zgromadzonego w niej prochu nie zostały zniszczone jej grube ściany. Była osiemnastą z kolei basztą miejską z ogólnej liczby 23 baszt utrzymywanych i bronionych przez poszczególne cechy rzemieślników. W 1648 r. mało brakowało, aby od kuli wystrzelonej z okna baszty przez mieszczanina Ubaldiniego zginął Bohdan Chmielnicki. W czasach austriackich był tu magazyn mundurów wojskowych.

 
 15.06.2015

Trasa: Piekarska – Pałac Potockich – Ossolineum – Pałac Sapiehów – Politechnika Lwowska – Kościół św. Elżbiety i Olgi – Dworzec Główny – Sobór św. Jura – Uniwersytet Lwowski – Rynek – Katedra Łacińska – Piekarska
Dystans: 17 km
Zobacz: Zobacz trasę
Pobierz: Pobierz trasę
Wykresy: Przewyższenia

 

Kolejny dzień owocny w nowe doznania wizualne rozpoczęliśmy od neorenesansowego Pałacu Potockich, wzniesionego w latach 1888–1890 dla Alfreda Józefa Potockiego. Skonfiskowany przez Ukraińską SRR w 1940r., odrestaurowany w latach 2001–2002, mieści rezydencję prezydenta Ukrainy we Lwowie i Lwowską Galerię Sztuki. 22 listopada 1919 podczas obchodów pierwszej rocznicy wyzwolenia Lwowa odbywały się pokazy lotnicze, amerykański pilot Edmund Graves wykonując akrobacje lotnicze przecenił możliwości samolotu i wykonując jeden z manewrów doprowadził do złamania skrzydła w wyniku czego samolot runął na pałac. Doszło do eksplozji zbiorników z paliwem, które doszczętnie zniszczyły dach, a górne piętra spłonęły. Odbudowa gmachu trwała z przerwami do 1931, Potoccy byli posiadaczami pałacu do wkroczenia Armii Czerwonej do Lwowa. Podczas okupacji hitlerowskiej sale pałacu przeznaczono na miejsce wystaw o charakterze propagandowym, które przywożono z Drezna m.in. „Tyfus plamisty i jego zwalczanie”, „Światowa zaraza żydowska”. Dzięki temu budynek przetrwał okres II wojny światowej bez uszkodzeń, w 1945 władze radzieckie przekazały go w użytkowanie Instytutowi Geologii i Geochemii Minerałów Palnych.

kresy_16

Pałac Potockich

W 1972 w pałacu postanowiono ulokować urząd ewidencji stanu cywilnego, ale jego stan techniczny sprawił, że poddano go dwuletniemu remontowi. W 1980 zniszczono część ogrodu podczas prac nad budową szybkiego tramwaju, którą ostatecznie przerwano. Uzyskanie przez Ukrainę niepodległości początkowo nie wpłynęło na zmianę przeznaczenia budynku. W 1996 w południowej części ogrodu wybudowano obiekt wystawienniczy nazwany Lwowskim Pałacem Sztuki. Jego projektant Wasyl Kamenszczyk w dowolny sposób nawiązał do mansardowego dachu pałacu, obecnie mieści się tam galeria sztuki współczesnej i sala konferencyjna. W latach 2001-2002 przeprowadzono gruntowny remont wnętrz pałacowych, którymi kierował również Wasyl Kamenszczyk, obecnie mieści się tam Lwowska Galeria Sztuki, reprezentacyjna część jest lwowską rezydencją prezydenta Ukrainy.

Następnie udaliśmy do budynku tzw. Ossolineum [foto], który był jednym z najważniejszych ośrodków kultury polskiej, o czym decydowały przede wszystkim bogate zbiory biblioteczne, pod względem wartości drugie w kraju po Bibliotece Jagiellońskiej. Źródłem utrzymania Zakładu stały się dochody z majątków ziemskich fundatora, zarządzanych przez dożywotnich kuratorów.

Po wysiedleniu Polaków ze Lwowa i odłączeniu miasta od Polski w 1945 Ossolineum zostało przeniesione do Wrocławia, gdzie znajduje się do dzisiaj. Zakład został ufundowany dla Narodu Polskiego w 1817 roku przez Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, otwarty w 1827 roku we Lwowie. Ossolineum w czasie istnienia ówczesnej Galicji pod zaborem austriackim skupiało polski ruch umysłowy i było jednym z najważniejszych ośrodków pracy nad budową kultury polskiej w czasie zaborów i narzuconej germanizacji. Przeszło w tym czasie okres prześladowań w postaci rewizji policyjnych oraz aresztowań zatrudnionych tam pracowników.

W myśl intencji założyciela stało się ono jednym z najważniejszych ośrodków badań nad dziejami i literaturą polską, tym bardziej, że rozporządza jednym z największych księgozbiorów w Polsce a także ogromnym zbiorem rękopisów i autografów, w tym rękopisów średniowiecznych i najstarszych druków.

Z Ossolineum wiążą się także mniejsze archiwa i księgozbiory: Jabłonowskich, Ponińskich, Pawlikowskich, Skarbków, Balzera, Sapiehów, Lubomirskich, Mniszków.

W czasie pierwszej okupacji sowieckiej Lwowa, zarekwirowano w Ossolineum m.in. polskie depozyty przedmiotowe złota i srebra umieszczone tutaj przez polską arystokrację i ziemiaństwo. Po ponownym zajęciu Lwowa przez wojska sowieckie, od sierpnia 1944 roku Ossolineum funkcjonowała jako tzw. Sektor Polski do Lwowskiej Biblioteki Akademii Nauk USRR. W tym roku rozpoczęto po raz pierwszy we Lwowie tzw. akcję oczyszczania zbiorów muzealnych i bibliotecznych z dzieł szkodliwych, którą kierowali Ukraińcy z Muzeum Sztuki Ukraińskiej. Akcja to polegała na zacieraniu 600 letniej obecności kultury polskiej na tych ziemiach, poprzez gromadzenie różnego rodzaju zbiorów i eksponatów niepoprawnych ideologicznie.

W następnych latach zabytki te zostały w większości trwale zniszczone. W latach 1946-1947 Ukraińcy dokonali podziału zbiorów lwowskich Ossolineum. Przyjętą przez nich generalną zasadą było, że wszystkie materiały pochodzące lub odnoszące się do ziem leżących na wschód od linii Curzona, a zwłaszcza materiały związane (w pojęciu komisji ukraińskiej) z historią i kulturą zachodniej Ukrainy, a także w jakikolwiek sposób wiążące się z Rosją, Białorusią, Podolem, Wołyniem, Litwą, Turcją itd. miały pozostać we Lwowie. Zasady tej przestrzegano nawet w stosunku do materiałów, w których była choćby jedna wzmianka dotycząca terenów „zachodniej Ukrainy”. W latach 1949-1952 decyzją sekretarza partii we Lwowie – Z. Litwina, „niewygodne eksponaty polskie”, które były gromadzone w ramach „oczyszczania zbiorów” od 1944 roku, i które mieściły się w 70 skrzyniach, zostały trwale unicestwione, najprawdopodobniej na terenie Ossolineum, nie pozostał także oficjalnie po nich żaden spis. Z Biblioteki Ossolineum Ukraińcy planowali pierwotnie przekazać zaledwie 30 tysięcy tomów książek. Liczba ta była kilkakrotnie podwyższana, aby wreszcie ostatecznie w maju 1946 r. osiągnąć 150 tysięcy starych druków, druków XIX i XX w. i rękopisów, co stanowiło zaledwie ok. 15-20% całości zbiorów, przy czym nie uwzględniono w ogóle zbiorów graficznych, kartograficznych oraz praktycznie całego zbioru czasopism polskich z XIX-XX w.

Personel polski wykonywał prace tylko techniczne, natomiast decyzja, kierownictwo i kontrola została powierzona Ukraińcom. Lokale, w których odbywało się pakowanie, były zamykane i personel polski nie miał do nich dostępu, a cała praca odbywała się w ogromnym pośpiechu.

Podczas dzielenia zbiorów stosowano dość oryginalne kryteria. Zakwestionowano i nie zwrócono m.in. akt abdykacji króla Stanisława Augusta ponieważ nastąpił w Grodnie, druki leszczyńskie Jana Ámosa Komenskiego jako bohemica, wszelkie druki dotyczące dysydentów, materiały dotyczące konfederacji barskiej, korespondencję dyplomatyczną dotyczącą rozbiorów Polski.

Zbiory te przybyły do leżącego jeszcze w gruzach Wrocławia w tym samym roku (1946) jako „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”, a czytelnikom zostały udostępnione we wrześniu 1947 roku.

Chcieliśmy wejść do środka tego budynku, ale niestety jakaś babuszka niczym semafor oznajmiła nam, że tam niet i dupa, nie weszliśmy.

Podczas dalszej naszej wędrówki oglądaliśmy sobie zaniedbany dawny Pałac Sapiehów, a chwilę potem tuż przy tzw. teatrze polskim dopadł nas deszcz, więc do czasu wypogodzenia przeczekaliśmy sobie w tymże teatrze, w którym chyba organizowano m.in. kursy tańca. Po ok. 15 min. przestało padać, więc opuściliśmy ten polski bastion i pomaszerowaliśmy w kierunku Politechniki Lwowskiej (po drodze mijaliśmy jeszcze cerkiew Marii Magdaleny, ale była remontowana i nie można było wejść do środka).

Dosłownie 80 metrów przed samym wejściem kolejny kontratak przypuścił złośliwy front pogodowy i ze zdwojoną siłą bombardował kroplami z góry. Przeprowadziliśmy szybkie przegrupowanie pod drzewami i z plandeką nad głowami wtargnęliśmy do środka naszej bazy, jakim była Polibuda Lwowska. Środek tego gmachu prezentował się bardzo zacnie, co widać na załączonych obrazkach [foto].

Tutaj deszcz zatrzymał nas na dłużej, ale cóż… W końcu opuściliśmy ten gmach i stwierdziliśmy, że pora obejrzeć jakiś kościółek.

Tym razem naszym celem został kościół św. Elżbiety i Olgi [foto], który został zbudowany na początku XX w. w stylu neogotyckim z elementami stylu romańskiego. Najlepszym punktem zwiedzania tego obiektu sakralnego była możliwość wejścia na wieżę kościelna i podziwiania widoku Lwowa tak troszkę z góry [foto].

Prosto z tego kościółka pogalopowaliśmy by zobaczyć Dworzec Główny [foto] tego zacnego miasta, który zrobił na nas niezłe wrażenie – trochę ładniejszy od polskich dworców. Pierwszy budynek dworca, utrzymany w stylu neogotyckim został otwarty w listopadzie 1861 roku. W wyniku wzrastającego ruchu, zapadła decyzja o budowie nowego dworca, w miejscu starego. Nowy dworzec został otwarty 26 marca 1904 r. Fasada budowli utrzymana jest w neorenesansowo-secesyjnej stylistyce, z przeszklonym dachem arkadowym [foto]. Jest to najdoskonalsza konstrukcja inżynierska Lwowa epoki secesji. W momencie budowy był to największy dworzec Galicji.

Sobór św. Jura

Sobór św. Jura

Z dworca, nie koleją, ale pieszo, lekkim kłusem podążaliśmy do momentu, kiedy ujrzeliśmy Sobór św. Jura – katedralna cerkiew archidiecezji lwowskiej Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego w pakiecie z pałacem arcybiskupów greckokatolickich. W 1996 w soborze św. Jura odbyły się uroczyste obchody 400-lecia unii brzeskiej. W 2001 w murach soboru gościł papież Jan Paweł II, który w czasie swej wizyty we Lwowie rezydował w pałacu metropolitów.

Weszliśmy do wnętrza cerkwi [foto], gdzie uwagę nasza przykuła kopia całunu turyńskiego [foto]. Po obejrzeniu tejże budowli udaliśmy się w kierunku uniwersytetu lwowskiego, założonego przez króla Polski Jana Kazimierza w 1661 jako Akademia Lwowska, w okresie międzywojennym 1919–1939 Uniwersytet Jana Kazimierza. Jeden z najstarszych uniwersytetów w Europie Wschodniej i na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, współcześnie jeden z największych ukraińskich uniwersytetów państwowych [foto].

Podczas zaborów, dopiero 6 kwietnia 1848, w okresie Wiosny Ludów uniwersytet uzyskał pełną autonomię i pozwolenie na prowadzenie wykładów po polsku, podpisane przez gubernatora austriackiego Stadiona. W gmachu uniwersytetu obradował Sejm Krajowy we Lwowie.

Niestety zwiedzenie całej świątyni „wiedzy i mądrości”, uniemożliwił nam pan ochroniarz. Po obejrzeniu tego co było można [foto], wyszliśmy i udaliśmy się w kierunku Rynku.

Trochę pokręciliśmy się po rynku podziwiając oczywiście trzy sławetne kamieniczki: Czarną [foto], Sobieskich oraz Arcybiskupią (w 1673 w kamienicy arcybiskupiej w rynku umarł król Michał Korybut Wiśniowiecki).

Wśród nich brylowała oczywiście renesansowa kamienica Sobieskich zbudowana w 1580 roku dla greckiego kupca Konstantego Korniakta, później w posiadaniu Jakuba Sobieskiego, a po jego śmierci — króla Jana III Sobieskiego, który przebudował ją na pałacową rezydencję z okazałymi komnatami i salą audiencjonalną.

Kamienica Sobieskich

Kamienica została wybudowana na fundamentach dwóch wcześniejszych gotyckich kamienic, jakie stały w tym miejscu w XV wieku. Konstanty Korniakt, na mocy dekretu Stefana Batorego, otrzymał przywilej wybudowania podwójnie szerokiej kamienicy. Wejście zdobi bogaty portal. Wewnątrz znajduje się arkadowy dziedziniec (kamienicę zwano od przebudowy „Małym Wawelem”), a elewację wieńczy attyka, w której umieszczono figury przedstawiające postać króla w koronie i orszak zbrojnych rycerzy. W 1634 przeleżał tutaj miesiąc chory na ospę Władysław IV. 21 grudnia 1686 roku król Jan III Sobieski zaprzysiągł tutaj traktat pokojowy Rzeczypospolitej z Rosją (tzw. traktat Grzymułtowskiego). W kamienicy tej od roku 1908 do pierwszej okupacji sowieckiej Lwowa (1939) mieściło się Muzeum Narodowe im. króla Jana III; od czasów ZSRR i niepodległej Ukrainy znajduje się tutaj muzeum historyczne. Obecnie w kamienicy mieści się muzeum, którego niestety nie zwiedziliśmy, bo zawsze trafiliśmy jak było zamknięte, bądź czas na to nie pozwolił.

Po kilku rundkach wokół rynku trochę zgłodnieliśmy i postanowiliśmy udać się do jadłodajni o nazwie „Kryjówka” (faktycznie ciężko ją było znaleźć, bo nie była prawie wcale oznaczona). Przy wejściu do knajpy, gdy odźwierny otworzy drzwi trzeba podać jakieś hasło… hmmm… szeregowy Krzysztof krzyknął „wolna Ukraina” i wpuszczono nas do środka. Na progu przyjęliśmy po strzale miodówki i spełzliśmy w otchłań mordoru – dosłownie. Była to knajpa, w której chyba mieściła się jakaś młodzieżowa przybudówka UPA (flagi UPA, fotografie żołnierzy UPA). Wystrój wnętrza przypominał jakieś okopy, bądź bunkier. Jedzenie podawano bądź na patelni, a w naszym przypadku pieczone ziemniaki w mundurkach i mięso na drewnianym okrągłym podstawku [foto]. Obsługa oczywiście ubrana w mundury, organizowała na zamówienie porwania i przetrzymywanie w zaimprowizowanej w budynku celi (oczywiście z bronią w ręku i wystrzałami). Droga powrotna z knajpy zaprowadziła nas, aż na dach budynku, gdzie mieściło się dość duże działko. Oczywiście musieliśmy sobie zrobić fotki [foto].

Wracając już do domku wstąpiliśmy do Katedry Łacińskiej, gdzie w końcu udało nam się trafić na mszę prowadzoną w języku polskim. Na tym wydarzeniu zakończyliśmy kolejny owocny dzień naszej podróży. Chociaż nie, co ja pisze… Przecież na dobry sen trzeba było w końcu skosztować naszej zakupionej miodóweczki. Miało być tylko „po malitkim”, ale „pomalitku” to padła cała flaszka 🙂 I zapadliśmy w lekki, uroczy, kresowy, wschodni sen…

 
 16.06.2015

Trasa: Lwów – Złoczów – Podhorce – Olesko – Żółkiew – Lwów
Dystans: 246 km
Zobacz: Zobacz trasę
Pobierz: Pobierz trasę
Wykresy: Przewyższenia

 

Kolejny dzień naszej przygody był wyprawą poza miasto. Odebraliśmy sriebnego Lieona z naszego strzeżonego parkingu i pomknęliśmy na Złoczów (dosłownie, bo chyba max. 70 km na godzinę można było jechać).

Od 1592 roku właścicielem miasta był Marek Sobieski – dziadek króla Jana III. W latach 1634-1636, Jakub Sobieski (ojciec przyszłego króla Jana) ufortyfikował Złoczów, a na miejscu dawnej warowni wybudował zamek, który wzmocnił czterema bastionami. Jego syn, późniejszy król Jan Sobieski rzadko przebywał w Złoczowie wybierając jako rezydencje, odziedziczone po Daniłłowiczach, zamki w Pomorzanach, Olesku i Żółkiew.

W XVIII wieku zamieszkał w Złoczowie królewicz Jakub Sobieski, który tutaj też zmarł (1737). Wnuczka króla – Maria Karolina de Bouillon sprzedała swe dobra księciu Michałowi Kazimierzowi Radziwiłłowi zwanemu „Rybeńko”. Podczas I wojny światowej, w rejonie miasta, toczyły się walki rosyjsko-austriackie w latach 1914 i 1915 i rosyjsko-niemieckie w 1917 r., w wyniku których m.in. zniszczono zamek Sobieskich. w latach 1939-1941 miasto okupowali Sowieci. Licznych polskich mieszkańców deportowano w głąb ZSRR. Na zamku Sobieskich znajdowało się wiezienie NKWD, w którym po ataku III Rzeszy na ZSRR w czerwcu 1941 NKWD dokonało masowych egzekucji na polskich, ukraińskich i żydowskich więźniach. Przy zamku znajduje się Kaplica ofiar NKWD.

Zwiedzanie miasteczka rozpoczęliśmy oczywiście od zameczku [foto], zbudowany w latach 1634-1636 dla Jakuba Sobieskiego, jednocześnie jako rezydencja w stylu wczesnego baroku i twierdza. Fortyfikacje zamku stanowią wysokie wały wzmocnione przez skarpy z ciosanego kamienia [foto], zamykające kwadrat z czterema pięciokątnymi bastionami na rogach. Na narożnikach bastionów sześcioboczne, kamienne wieżyczki strażnicze. Jan III Sobieski, odziedziczywszy po matce Złoczów, zniszczony w wojnach kozackich, odnowił, wzmocnił i ozdobił zamek. Często w nim przebywał, mimo że jego ulubioną rezydencją był zamek w Żółkwi.

Kompleks Zamkowy Sobieskich

Po śmierci Jana III Sobieskiego, zamek odziedziczył syn Konstanty, a następnie Jakub Sobieski. Po nich (1740) przeszedł na własność Radziwiłłów. Zaniedbany jednak, wskutek lichej gospodarki, podupadł. Inwentarz zamku sporządzony w 1768 r. stwierdzał wprawdzie, że zachował się jeszcze w całości, ale wymagał „znacznej reparacji”. Według wspomnianego inwentarza, dół pałacu zawierał: dwie sienie, sześć pokoi, dwie komórki, dwie spiżarnie, kaplicę, zakrystię i skarbiec. Na piętrze była duża sień, dziesięć pokoi, sala i mała sień. Okna były bądź taflowe, bądź oprawione w ołów. Wszystkie piece były kaflowe, na dole zielone, na górze białe. Inwentarz wyjaśnił pierwotne przeznaczenie pawilonu rotundowego, który nazwał „pałacem chińskim”. Stan jednak tego pawilonu, którego okrągłą salę nakrywała kopuła z galerią, był opłakany. Naprzeciw głównego pałacu stała oficyna z kuchnią i piekarnią dla załogi. W rogu stajnia drewniana, a w pobliżu studnia cembrowana. Przy bramie mieściła się prochownia. W bramie i na wałach leżało 21 sztuk armat i 2 moździerze. W cekhauzie znajdowało się m.in. 82 hakownic i 85 strzelb. Z zajęciem przez Austrię w 1834 r. wszystkie te przedmioty uległy konfiskacie.

W 1801 r. Złoczów wraz z zamkiem nabył na licytacji Łukasz hr. Komarnicki, który odrestaurował zamek (znajdujący się w stanie bliskim ruiny) i w nim zamieszkał. Jego syn, Aleksander, w 1834 r. wydzierżawił zamek na koszary dla trzech kompanii 15 p., a od sukcesorów jego, z drugiej już ręki, w 1872 r. nabył go rząd austriacki i przeznaczył na więzienie. Obecnie zamek należy do Lwowskiej Galerii Sztuki.

Najpierw obeszliśmy dookoła zamku podziwiając jego obwarowania z ciosanego kamienia z usypanymi na nim wałami ziemnymi. W końcu podeszliśmy do bramy zamku, a tu niespodzianka – nieczynne. W związku ze zmianą godzin pracy, muzea w poniedziałki i wtorki są nieczynne (a był właśnie wtorek). Grzecznie zapytaliśmy strażnika, czy możemy chociaż wejść na dziedziniec, a on rozpoczął swoja litanię, że w Polsce na pewno, by nie wpuszczono poza godzinami pracy na jakiś obiekt…bla bla bla itd. Monolog swój zakończył stwierdzeniem: dajcie 5 hrywien i wejdźcie. Nie omieszkawszy wyciągnąłem 10 hrywien dałem mu i powiedziałem reszty nie trzeba. Obejrzeliśmy sobie zamek z bliska oraz pałac chiński, mieszczący się tuż obok niego. Na obrzeżach fortyfikacji rozstawione były działa. Oczywiście parę fotek [foto] trzeba było porobić, zarówno zamku jak i stojącego blisko niego pałacu chińskiego [foto]. Do środka niestety tego dnia nie weszliśmy i nie zobaczyliśmy wnętrz tych polskich zabytków… ale spokojnie jeszcze wrócimy do tego wątku. 🙂

Po opuszczeniu naszej małej twierdzy udaliśmy się do centrum miasta, gdzie naszą uwagę przykuł katolicki kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny [foto], w którym 2001 roku gościł nasz papież objeżdżając katolicka archidiecezją lwowską. Kościół popijarski powstał wraz z kolegium Pijarów około roku 1730 dzięki fundacji królewicza Jakuba. Austriacy w 1788 roku skasowali kolegium pijarskie, a kościół zamienili w magazyn. Funkcja sakralna została przywrócona świątyni w 1838 roku, kiedy to dawny XVII wieczny rzymsko-katolicki kościół parafialny objęli unici, a rzymscy katolicy dostali kościół popijarski. Kościół nieprzerwanie pełni swoją funkcję sakralną od 1838 roku i w czasach Związku Radzieckiego był jednym z nielicznych czynnych pomiędzy Lwowem a dawną granicą Polski na Zbruczu. Dzięki temu w kościele zachowało się całe zabytkowe wyposażenie [foto], zaś miejsce to było ostoją polskości. W czasach II wojny światowej, w latach 1942-43 w klasztorze była niemiecka komendantura garnizonowa. W czasach Związku Radzieckiego umieszczono tam krawiecką fabrykę.

Na sam koniec pobytu w tym miasteczku zwiedziliśmy cerkiew unicką pw. św. Mikołaja [foto] – najstarsza świątynia w mieście.

Kolejnym naszym celem, a zarazem głównym daniem dnia były Podhorce. Po przebyciu kilkunastu kilometrów odcinka specjalnego z obfitymi premiami górskimi (patrz [foto]) dotarliśmy do tejże wioski.

Nie ociągając się zbyt długo pomknęliśmy, by zobaczyć pałac Koniecpolskich. W tym momencie przypomnijmy nieco historię tego miejsca i tej wspaniałej budowli.

W 1440 roku król Władysław Warneńczyk nadał prawo własności do wsi Podhorce dotychczasowemu dzierżawcy Januszowi Podhoreckiemu. W 1633 roku kupił Podhorce hetman wielki koronny i kasztelan krakowski, dziedzic niedalekich Brodów – Stanisław Koniecpolski. Wzniósł swoją rezydencję na wyniosłej skarpie, aby była widoczna z odległości wielu kilometrów. W 1648 zamek zaatakowali Kozacy: zniszczono tylko dolne tarasy ogrodu, zamek nie został zdobyty. W 1651 zamek powtórnie odparł najazd kozacki. Działo się to podczas powstania Chmielnickiego.

Wnuk hetmana, także Stanisław, część majątku z Podhorcami zapisał Jakubowi Sobieskiemu, synowi króla Jana III. Od jego brata – Konstantego zamek nabył w 1718 r. hetman Stanisław Rzewuski. Wacław Rzewuski dobudował jedną kondygnację. Z drugiej strony zamku, na zboczu, znajdował się ogród włoski na trzech obniżających się tarasach.

kresy_45

Zamek Koniecpolskich – Podhorce

W latach 1754-1767 zabrał Wacław Rzewuski z zamku wszystkie cenniejsze przedmioty, głównie jednak dotyczące rodziny Sobieskich. Obok pamiątek po Sobieskich zabrał także te dotyczące Koniecpolskich. On również założył zbrojownię, zebrał bibliotekę liczącą około 6000 wol. i utworzył archiwum rodzinne Koniecpolskich oraz Rzewuskich. W zamku urządził scenę teatralną, jedną z najświetniejszych scen prywatnych w Europie. Wystawiał tu autorów klasycznych, a także dworska grupa teatralna wystawiała pisane przez niego tragedie i komedie. Ponadto założył laboratorium alchemiczne i drukarnię. Do Podhorzec, które dostały się pod zabór austriacki, Wacław już nie powrócił. Dziedzictwo po nim objął syn Seweryn, który zamkiem zupełnie się nie interesował, pozostawiwszy go na łasce administratorów. Seweryn Rzewuski przystąpił do targowiczan. Ciekawostką jest, że próbował w zamkowym laboratorium alchemicznym, przemienić różne metale w złoto. W latach 1782-1787, a więc w czasie, gdy był on właścicielem na publicznych licytacjach zaczęto wyprzedawać bogate zbiory pałacowe (broń, zbroje, buzdygany, buławy, armaty, pistolety, rękopisy).

W 1826 r. nastąpił podział majątku między dzieci Seweryna Rzewuskiego. Podhorce przypadły wówczas synowi Wacławowi, żonatemu z Rozalią z Lubomirskich, którą zgilotynowano w Paryżu w 1794 r. Wacław Rzewuski, znany jako Emir Tadż ul-Fahr, bohater romantycznych opowieści, legend i poematów, aby zmyć ciążącą na sumieniu hańbę ojca targowiczanina, wziął udział w powstaniu 1831 r. i w nigdy nie wyjaśnionych okolicznościach zginąć miał w bitwie pod Daszowem.

Z upadku zamek podźwignął Leon Rzewuski, a po nim kolejny właściciel – książę Eustachy Sanguszko, który udostępnił pierwsze piętro dla zwiedzających: „…Jedynie sale I piętra są dostępne dla publiczności. Znajduje się tu kilkaset obrazów w kilkunastu salach; osobną salę zajmuje kilkadziesiąt obrazów Szymona Czechowicza… Sale zdobią marmurowe kominki, malowane piece, freski, rzeźby, weneckie zwierciadła. Wiele pamiątek po Janie III, łóżko, szabla i biurko polowe… Każda sala ma swoją nazwę: karmazynowa [foto], rycerska, zielona [foto], żółta [foto], zwierciadlana [foto], złota [foto]… Na parterze biblioteka, archiwum i wiele pamiątek np. namioty tureckie, zdobyte pod Wiedniem i Chocimiem…”

Po nim dziedziczył jego syn Roman Sanguszko – hodowca koni arabskich i filantrop. Do 1914 r. pałac funkcjonował jako prywatne – ogólnie dostępne – muzeum. Podczas I wojny wobec zbliżania się frontu część zbiorów ewakuowano do dóbr Sanguszków w Sławucie, Niżnym Nowogrodzie. Konwój ciężarówek w ostatniej chwili zdołał się przedostać do Rumunii, skąd zbiory po podróży przez Europę dostały się aż do Brazylii. Z części zbiorów podhoreckich powstała fundacja kulturalna, która do dziś istnieje w Sao Paulo. W latach 30. z powrotem kompletowano podhoreckie zbiory. Ostatnim właścicielem był Roman Sanguszko, właściciel słynnej stadniny koni. Podczas II wojny światowej zniszczeniu uległy portale, kominki, boazerie, obicia, piece i posadzki. Po wybuchu II wojny światowej książę Roman Sanguszko ewakuował część zbiorów z zamku w Podhorcach. Konwój zdołał się przedostać do Rumunii, a zbiory dotarły aż do São Paulo w Brazylii. Z części zbiorów podhoreckich powstała fundacja kulturalna port. Sociedade Sanguszko de Beneficência, która istnieje do dzisiaj.

W czasach ZSRR urządzono w zamku szpital przeciwgruźliczy. Po pożarze w lutym 1956 r. zawaliły się stropy I i II piętra. Pomimo tego obiekt nadał pozostał atrakcyjny a w jego murach kręcono wielokrotnie filmy, w tym „Potop” (wnętrze uchodziło za filmowe radziwiłłowskie Kiejdany). W 1997 roku pałac został przejęty przez Lwowską Galerię Sztuki i rozpoczęły się skromne prace restauracyjne. Jak widać na załączonej fotografii [foto] są postępy… 🙂

Podhorce – Sala Rycerska
Foto: Copyright expired, PD-Art

W Lwowskiej Galerii Sztuki znajduje się znaczna część dawnych zbiorów Rzewuskich. Inna część kolekcji podhoreckiej znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum w Tarnowie, zaś archiwum Rzewuskich i Sanguszków przechowuje się na Wawelu w Krakowie. Niektóre obrazy pochodzące z tej galerii znajdują się w innych muzeach lwowskich (Lwowskie Muzeum Historii Religii, Lwowskie Muzeum Historyczne) i polskich (Muzeum Narodowe w Krakowie i w Warszawie), kilka jest własnością prywatną.

Najpiękniejszą salą pałacu Koniecpolskich była sala rycerska, w której znajdowała się najwspanialsza w Polsce kolekcja broni palnej, odpornej, zaczepnej, pociskowej m.in. w postaci eksponowanych na specjalnych stelażach ok. 40 kompletów lub częściowych rynsztunków, w tym husarskich ze skrzydłami, koszulek pancernych lekkiej artylerii polskiej, misiurek, napierśników, naramienników na łokcie, kolczug, hełmów, tarcz, mieczy, szabli, kopii, buzdyganów, łuków, sahajdaków, kołczanów, kusz, strzelb, pistoletów, szabli wschodnich, mieczy perskich, kirysów husarskich, pik, broni tureckiej, dzid, moździerzy, bębnów i talerzy muzyki husarskiej spod Wiednia.

Ukraińskie władze mimo, że mają tak cudowny przykład palazzo in fortezza jak Podhorce pozwalają na ich powolną dewastacją, bowiem nie traktują tego jako zabytku kultury ukraińskiej.

Aktualnie pałacyk niestety popada w coraz większą ruinę, chociaż strażnik mówił, że jest remontowany, ale jakoś tego nie było widać. Oczywiście trzeba było zrobić sobie kilka fotek, przy studni z wielkim kołowrotem [foto], na dziedzińcu pałacu [foto], z przodu [foto], z tyłu zamku [foto], z boku [foto] i gdzie się tylko dało, bo kto wie, może za kilkadziesiąt lat ta budowla runie, jeżeli w takim tempie będą ją rewitalizować. Do środka nie można było wejść, bo niby remont, a ponadto strażnik zapewniał, że nic tam i tak nie ma. Jedyne, co można tam zwiedzać wewnątrz to Tajemne Lochy – czyli piwnice, ale oczywiście był wtorek i nieczynne.

Visa vi pałacyku znajduje się Cerkiew św. Józefa [foto] – barokowo-klasycystyczny kościół pw. św. Józefa i Podwyższenia Krzyża Świętego fundacji hetmana Wacława Rzewuskiego konsekrowany w 1766 jako świątynia zamkowa. Oczywiście cerkiew była zamknięta i też niby remontowana. Nasz nadworny fotograf popstrykał kilka zdjęć tej budowli [foto] i po lekkim posileniu się szaszłykami, plinckami z pyrek i piwkiem lwowskim wsiedliśmy do bolidu i obraliśmy kierunek Olesko (przypis: średnia prędkość 50 km na godz., dozwolone 90 i nie wiadomo czemu tak wolno… odpowiedz zamieszczono na załączonym obrazku [foto]).

Po dotarciu do Oleska udaliśmy się na zamek [foto], gdzie w 1629 r. Teofila Sobieska podczas odwiedzin u matki, powiła dnia 17 sierpnia syna Jana, przyszłego króla.

Nieco o historii tego miejsca. Olesko było jedną z najstarszych osad i grodów książąt halicko-wołyńskich. W 1366 zostało przyłączone do Polski przez króla Kazimierza Wielkiego. W późniejszym czasie po wielu zawirowaniach zamek w Olesku znalazł się w rękach Jana Daniłowicza, który był żonaty z Zofią Żółkiewską, córką hetmana. Jan Daniłowicz skupił w swym ręku obie części Oleska, ale też w miejscu starego drewnianego wzniósł nowy zamek murowany. W 1599 ukończono budowę murowanego zamku.

Wybudowany przez Jana Daniłowicza w stylu skromnego renesansu, zachował on swą zasadniczą bryłę aż do XX w. Pomyślany jako rezydencja magnacka, ale równocześnie i jako forteca, zamek oleski miał ku temu idealne warunki naturalne. Wzniesiony został z muru kamiennego mieszanego z cegłą, na dość stromym wzgórzu wysokości około 60 m ponad otaczającym go terenem bagnistym z rozległym stawem. Aby wzmocnić obronność twierdzy, wzgórze zamkowe otoczono dodatkowo wałem z palisadą i głębokim rowem. Część wzgórza oddzielono głębokim rowem, a następnie obie części połączono murowanymi arkadami. Dostosowany do kształtu wzgórza zamek oleski otrzymał rzut owalu, rzadko spotykany.

W 1664 r. przeprowadzony wówczas inwentarz obiektu dostarcza informacji o jego dawnej świetności. W raporcie odnotowano m.in.: „obok kaplicy Św. Anny, bogato ozdobionej, większość komnat zamkowych była malowana, miała posadzki marmurowe, stropy ‘rzezane’, drzwi czerwono malowane, okna w ołów oprawne, piece kaflowe lub kominki z ciosów kamiennych. Wielka sala stołowa ozdobiona była portretami królów”.

Zamek w Olesku

Zamek w Olesku

W 1682 Jan III odkupił Olesko wraz z całym kluczem od Stanisława Koniecpolskiego. 1719 – królewicz Konstanty Sobieski sprzedaje zamek i dobra oleskie Stanisławowi Mateuszowi Rzewuskiemu, hetmanowi wielkiemu koronnemu. Wkrótce zamek dziedziczy jego starszy syn, Seweryn. Po jego bezpotomnej śmierci w 1754 zamek dziedziczy Wacław, młodszy brat Seweryna. Nie osiedla się jednak w zamku. Przenosi całą spuściznę do pobliskich Podhorców.

W 1882 roku zamek jako pamiątka narodowa został kupiony przez Komitet Opieki nad Zamkiem w Olesku, zawiązany dla uczczenia 200-setnej rocznicy wiktorii wiedeńskiej. Prace renowacyjne po silnych uszkodzeniach w trakcie I wojny światowej przeprowadzono w okresie międzywojennym.

W czasie II wojny światowej zamek został wykorzystany przez Niemców na magazyn wojskowy. Po zakończeniu wojny , kiedy znalazł się w granicach Związku Sowieckiego zamek dalej popadał w ruinę. Odbudowany został w latach sześćdziesiątych, stanowi obecnie od 1975 filię Lwowskiej Galerii Sztuki.

No to wróćmy teraz na ziemię… Dokładnie obeszliśmy dookoła zamek, no i zgadnijcie co…. Stanęliśmy przed wrotami [foto], które nie chciały się otworzyć… Hmmm… Dlaczego… A bo to był wtorek i nieczynne. Wszystkie te obiekty, a mianowicie Olesko, Podhorce, Złoczów podlegają pod Lwowską Galerię Sztuki, która od dnia 15.07.2015r. zmieniła godziny pracy. No cóż… Pierwsze oblężenia nam się nie udały… Ale wierzcie mi, że to nie koniec…

Lekko zawiedzeni, że nie weszliśmy do środka, zeszliśmy z górki, na której znajdował się ów zamek i pooglądaliśmy położony u stóp zamku dawny kościół i klasztor oo. Kapucynów – ufundowany w 1793 przez Józefa Seweryna Rzewuskiego. Po II wojnie światowej, kiedy wygnano zakonników, klasztor przez kilkanaście lat podlegał dewastacji [foto]. W 1980 budynki pokapucyńskie przejęła Lwowska Galeria Sztuki. W kościele urządzona została sala konferencyjna, a klasztor zaadaptowano na magazyny dzieł sztuki. Przechowywane są tam oryginalne obrazy przestawiające Bitwę pod Kłuszynem oraz Bitwę pod Chocimiem, które niszczeją i nie są wystawiane!

Kolejny przystanek w tym dniu mieścił się w miasteczku Żółkiew – perły europejskiego renesansu na Ukrainie. Żółkiew została założona w 1597 przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Żółkiewski chciał bowiem, aby jego miasto przypominało renesansowy Zamość (które także było miastem prywatnym).

Miasto założono na planie nieregularnego pięcioboku z zamkiem oraz rynkiem i przylegającą do niego kolegiatą. Żółkiew otoczona przez mury obronne z czterema bramami (jedna z bram – Zwierzyniecka i część murów zachowały się do dziś). Budowę miasta dokończyła małżonka fundatora, Regina, która, po tragicznej śmierci Stanisława Żółkiewskiego w bitwie pod Cecorą w roku 1620 stała się, razem z synem Janem, właścicielką Żółkwi. Następnie miasto przejęła córka – Zofia Daniłowiczowa, a po niej jej córka Zofia Teofila, zamężna z Jakubem Sobieskim, kasztelanem krakowskim, których synem był późniejszy król Jan III.

Żółkiew była ulubioną rezydencją króla Jana III Sobieskiego, który najwięcej czasu spędzał w Żółkwi. Król umocnił miasto nowoczesnymi obwarowaniami, dekorował też miasto w stylu barokowym, tu przywoził swoje liczne wojenne trofea. Wówczas powstała w mieście szkoła pisania ikon, manufaktura fajansu czy drukarnia hebrajska. To tutaj, w Żółkwi odbyła się tu m.in. uroczystość nadania królowi Sobieskiemu przez króla Francji Ludwika XIV w 1676 r. Orderu Ducha Świętego, obchody zwycięstwa odniesionego pod Wiedniem.

Po agresji ZSRR na Polskę i zajęciu miasta przez Armię Czerwoną okupanci zniszczyli stojący przed ratuszem pomnik króla Jana III Sobieskiego i stojący w parku pomnik założyciela miasta hetmana Stanisława Żółkiewskiego.

Zwiedzanie miasteczka rozpoczęliśmy od barokowego dawnego Kościół pw. Wniebowzięcia NMP oo. Dominikanów [foto] (obecnie cerkwi św. Jozafata). Zbudowany w 1653 r. z fundacji matki króla Jana II, Teofili Sobieskiej dla upamiętnienia syna Marka (brata Jana III) poległego w bitwie z Kozakami pod Batohem w 1652. Jan III Sobieski ufundował matce Teofili Sobieskiej i bratu Markowi piękne późnobarokowe nagrobki, znacznie zniszczone po 1945 r., ale zachowane do dzisiaj.

Nasze dalsze oblężenie budynków sakralnych skierowało się frontem na cerkiew z monasterem – klasztorem oo. Bazylianów [foto]. W 1612 r. Stanisław Żółkiewski ufundował dla swoich prawosławnych poddanych nową, drewnianą cerkiew pw. Serca Pana Jezusa. W 1682 r. Jan III Sobieski sprowadził do Żółkwi bazylianów na prośbę greckokatolickiego metropolity Lwowa. Kilka lat później zakonnicy zaczęli wznosić murowaną świątynię i klasztor. Cerkiew spłonęła w 1833 r. a odbudowano ją w stylu neobizantyjskim w 1837 r. W 1906r. świątynia została przebudowana w stylu rosyjskim. Po II wojnie światowej w cerkwi urządzono magazyn. Bazylianie odzyskali ją na początku lat 90. XX w. [foto]

Na deser zostawiliśmy sobie oczywiście perełkę wśród kościołków w Żółkwi, a mianowicie Kościół pw. Wawrzyńca [foto] – oczywiście katolicki. Do środka nie można było wejść, bo zatrzymały nas kraty (nie zatrzymały jednak aparatu [foto]), a ponadto był remontowany z zewnątrz. W zamyśle fundatora – hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego kościół miał być rodzinnym mauzoleum, ale i również panteonem sławy rycerskiej i wotum dziękczynnym za zwycięstwa odniesione przez wojska polskie, walczące pod jego dowództwem. Z tego względu fundacja ta była dziełem wyjątkowym, nie mającym odpowiednika na ziemiach Rzeczypospolitej. Ważnym wydarzeniem w dziejach tego kościoła był pogrzeb jego fundatora, poległego po bitwie pod Cecorą 7 października 1620. Żegnał go wówczas przemową Jakub Sobieski, ojciec przyszłego króla Polski Jana III Sobieskiego. Hetmana pochowano w kolegiacie. Na znajdującym się tam jego pomniku widnieje łacińska inskrypcja z cytatem z Wergilusza: „Niech z kości naszych powstanie mściciel oraz Tobie wrogu na postrach, Tobie przechodniu na wzór”.

„Wnętrze Fary w Żółkwi”, Joseph Engerth, 1827 r, Galeria Lwowska.

„Wnętrze Fary w Żółkwi”, Joseph Engerth, 1827 r, Galeria Lwowska.

Ozdobą wnętrza świątyni są pomniki nagrobne rodziny Żółkiewskich. Po lewej stronie ołtarza – Stanisław Żółkiewski z synem Janem, po prawej Regina z Herburtów (żona Stanisława) i ich córka Zofia Żółkiewska (później Daniłowiczowa). Rzeźbiarz w latach 30. XVII w. wykonał ich pełnopostaciowe posągi z węgierskiego czerwonego marmuru. Mężczyźni przedstawieni są w rynsztunkach bojowych, kobiety w tradycyjnych długich płaszczach. Przy wejściu do prezbiterium znajduje się nagrobek Jakuba Sobieskiego (ojca Jana III Sobieskiego) oraz nagrobek wojewody Stanisława Daniłowicza (wuja Jana III). W krypcie kościoła ustawione są sarkofagi ze szczątkami Żółkiewskich, Jakuba Sobieskiego i Jana Daniłowicza (chociaż pracownik z ratusza mówił nam, że szczątki znajdują się gdzieś w Warszawie). Z fundacji króla Jana III Sobieskiego gdański rzeźbiarz Andreas Schlüter wykonał w Warszawie w latach 1692-1693 parę okazałych nagrobków: Jakuba Sobieskiego, ojca monarchy oraz Stanisława Daniłowicza (jego wuja ściętego przez Tatarów). Na ścianach natomiast król umieścił ogromnych rozmiarów płótna przedstawiające największe odniesione przez siebie zwycięstwa – pod Chocimiem (1673), pędzla gdańskiego malarza Andrzeja Stecha, pod Wiedniem i pod Parkanami (1683), autorstwa Włocha z pochodzenia, Marcina Altomonte. Ściany kościoła zdobiły cztery batalistyczne obrazy: Bitwa pod Kłuszynem – pędzla lwowskiego malarza Szymona Boguszowicza wykonany na polecenie Żółkiewskiego w 1620 i trzy obrazy sprawione przez króla Jana III: Bitwa pod Chocimiem – 1673 oraz Bitwa pod Wiedniem 1683 i Bitwa pod Parkanami – 1683.

W swoim czasie były to największe obrazy batalistyczne. Wszystkie przedstawienia bitew opatrzono komentarzami w języku łacińskim. Nad Wiedniem widnieje napis: NE QVANDO DICANT GENTES VBI EST DEVS EORVM (Aby kiedyś nie powiedziały narody, gdzie jest Bóg ich), nad Parkanami zaś: FLAVIT SPIRITVS TVVS, ET SVBMERSI SVNT QVASI PLVMBVM IN AQVIS VEHEMENTIBVS (Powiał duch Twój i zatopieni są jak ołów we wodach wzburzonych). Są one dopowiedzeniem tekstów umieszczonych na obrazach, wiszących opodal, przedstawiających zwycięskie batalie pod Kłuszynem (Prawica Pańska dała siłę) i Chocimiem (Prawica Pańska pogromiła nieprzyjaciela).

Tragiczne w dziejach świątyni okazało się jej zamknięcie przez władze komunistyczne w 1946 r. i przeznaczenie na magazyn. W rezultacie nastąpiła dewastacja budowli, część wyposażenia uległa zniszczeniu i rozproszeniu. Sprofanowana została krypta grobowa Żółkiewskich, Daniłowiczów i Sobieskich, porozbijano nagrobki Sobieskich, spalone zostały ławki i konfesjonały, a obrazy batalistyczne po II wojnie światowej zostały zagrabione, a następnie przywłaszczone przez Ukraińską SRR. Na początku lat 70 XX w. obrazy zostały zdjęte ze ścian kościoła na polecenie Borysa Woźnickiego, dyrektora Lwowskiej Galerii Sztuki, bardzo zasłużonego dla ratowania zabytków na Ukrainie, w tym również znajdujących się we wnętrzach kościołów i umieszczone w Lwowskiej Galerii Sztuki w Olesku, gdzie zwożono polskie zabytki z całego obszaru Kresów włączonego do Ukraińskiej SRR.

Po wywiezieniu ich z kościoła w Żółkwi, który został zamknięty i przekształcony w magazyn, nie były nigdy eksponowane we wspólnym miejscu. Po upadku ZSRR i zwrocie kościoła katolikom obrazy te nie powróciły na swoje dawne miejsce i pozostały w gestii galerii obrazów. W muzeum na zamku w Olesku była wystawiona (częściowo zrolowana, ponieważ sala wystawowa była za niska dla obrazu o wysokości ponad 7 metrów) Bitwa pod Wiedniem, zaś w pobliskim magazynie kościoła pokapucyńskiego Bitwa pod Kłuszynem i Bitwa pod Chocimiem. Czwarte płótno, Bitwa pod Parkanami, było ponad 30 lat do końca lat dziewięćdziesiątych przechowywane zrolowane w skrzyni.

Strona polska od 2004 r. podejmowała starania o „uzyskanie zgody” posiadacza obrazów – Lwowskiej Galerii Sztuki na przewóz niszczejących zabytków do Warszawy, celem poddania ich profesjonalnej konserwacji. Przeszło trzyletnie żmudne negocjacje w tej sprawie z Ukraińcami, którzy stanowczo odmawiali zgody, prowadzone przez przedstawicieli Zamku Królewskiego w Warszawie oraz Departamentu Dziedzictwa Kulturowego, zakończyły się w końcu pod koniec 2007 r. sukcesem. Podpisanie porozumienia umożliwiło przewóz do Warszawy (w grudniu 2007 r.) pierwszych dwóch większych obrazów (Bitwa pod Wiedniem i Bitwa pod Parkanami o wym. 85 m² każdy), wymagających zarazem przeprowadzenia zakrojonych na szeroką skalę i kosztownych prac konserwatorskich. W 2012 praca nad obrazami dobiegła końca i zostały one w kwietniu przewiezione na ziemię lwowską, jednak mimo zabiegów polskich konserwatorów, historyków sztuki oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczypospolitej, które w pełni sfinansowało kosztowne prace nad obrazami, obrazy nie wróciły na ich pierwotne miejsce do Kolegiaty św. Wawrzyńca w Żółkwi. Nie zgodziła się na to strona ukraińska, co spowodowało zaprzestanie przez stronę polską podejmowania dalszych kroków do sfinansowania i odnowienia pozostałych dwóch obrazów batalistycznych, których stan zachowania jest krytyczny.

Ukraińcy za argument przeciwko umieszczeniu obrazów w żółkiewskiej farze podawali nieodpowiednie warunki w kościele dla obrazów, z tym, że przewodniczący polsko-ukraińskiego zespołu konserwatorskiego Paweł Sadlej stwierdził: „Przez trzy lata badaliśmy warunki cieplno-wilgotnościowe w kolegiacie, wiemy, jakie są zagrożenia i co zrobić, żeby je zlikwidować. Strona polska była gotowa poczynić konieczne inwestycje, by warunki dla obrazów były idealne. Na ta propozycję strona ukraińska nie przystała. Problem braku zgody samorządowych władz ukraińskich (decyzja zapadła właśnie tutaj) na powrót obrazów do kościoła w Żółkwi upatrywany jest także nieoficjalnie w niechęci Ukraińców (m.in. społeczny protest przeciwko powrotowi obrazów do Żółkwi podczas pobytu ministra kultury Ukrainy we Lwowie) i w fakcie, że „zabytek ukraiński” miałby trafić do „polskiego kościoła”. Gdy w czerwcu tego roku do Lwowa przyjechał minister kultury Ukrainy, by wraz z władzami lokalnymi, polskimi i ukraińskimi ekspertami rozmawiać o tym, gdzie mają znaleźć się obrazy, spotkał się z pikietą przeciw ewentualnemu umieszczeniu ich w Żółkwi. Na jednym z transparentów widniał napis: „»Bitwa pod Wiedniem« to nie obraz sakralny. Jego bezpieczne miejsce jest w muzeum, a nie w kościele”. Jeden z polskich konserwatorów dostrzegł wśród demonstrujących ukraińskich kolegów, z którymi pracował przy konserwacji obrazów Altomontego. Zaskoczony zapytał: „Dlaczego to robicie?”. Usłyszał odpowiedź: „Kazali nam”.

Koszt prac konserwatorskich nad obrazami wyniósł ponad 4 mln zł., które to pieniądze, wbrew temu co twierdzili Ukraińcy ze Lwowa jakoby pieniądze pochodziły z funduszów europejskich, faktycznie pochodziły w całości z budżetu Państwa Polskiego. W czerwcu 2012 Ukraińcy „Bitwę pod Wiedniem” powiesili na zamku w Olesku a „Bitwa pod Parkanami” na zamku w Złoczowie, jednak nie dopuścili polskich konserwatorów do prac przy zawieszaniu obrazów w nowych miejscach. Obrazy zostały powieszone w pomieszczeniach o zdecydowanie za małej powierzchni na tak duże obrazy, po drugie zostały źle zawieszone co spowodowało powstanie fałd na powierzchni płótna, co w konsekwencji w wyniku naprężenia może spowodować ponowne zniszczenia. Dwa pozostałe obrazy – „Bitwa pod Kłuszynem” i „Bitwa pod Chocimiem” – także powinny być poddane konserwacji. Teraz jednak, gdy wbrew oczekiwaniom strony polskiej obrazy Altomontego nie trafiły do Żółkwi, nie ma atmosfery sprzyjającej dalszej współpracy.

Po tej kanonadzie obiektów sakralnych przyszedł czas na budowle świeckie. Na pierwszy ogień poszedł ratusz [foto]. Obecny neobarokowy ratusz zbudowano w 1932 roku. Z wieży ratusza do 1939 r. w południe grywany był hejnał. Poprzedni ratusz został wzniesiony przez Jana II Sobieskiego – renesansowy, dwupiętrowy i zwieńczony attyką. Został on rozebrany w 1847 z powodu awaryjnego stanu budowli.

W budynku ratusza mieścił się punkt informacji. Jeden z pracowników mówił nawet płynnie po polsku. Dał nam mapkę (sprzedał) centrum Żółkwi i objaśnił, co warto zobaczyć i co gdzie jest. Stwierdził także, że przez tą wojnę na wschodzie Ukrainy przyjeżdża bardzo mało turystów z Polski. Poinformował nas również, że w niedalekiej przyszłości miasto Żółkiew wejdzie w skład szlaku Jana III Sobieskiego wraz i innymi polskimi miastami.

kresy_57

Zamek Żółkiewskich

No i przyszła kolej na dokładne oglądanie, zwiedzanie zamku. Od fasady zamek żółkiewskich wygląda jeszcze jakoś przyzwoicie, ale im głębiej w las tym więcej zniszczeń ukazywało się przed naszym obliczem. Obeszliśmy cały zamek dookoła, dokładnie fotografując [foto], w jakiej jest on ruinie.

Zamek zbudowano w latach 1594-1610 z woli hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Na skutek małżeństwa Zofii Żółkiewskiej (córki Stanisława Żółkiewskiego), właścicielem zamku stał się Jan Daniłowicz, a potem jego córka, która wyszła za Jakuba Sobieskiego, ojca późniejszego króla Polski Jana III Sobieskiego.

Zamek wchodził w skład układu murów miejskich umocnień obronnych i zajmował powierzchnię kwadratu o rozmiarach 100x100m. W narożnikach wznosiły się cztery potężne wieże. Najpiękniejszą budowlą na zamku był pałac, wspaniale przyozdobiony gobelinami i obrazami, wśród których przeważały portrety rodowe, krajobrazy, sceny batalistyczne. Wszystko co mogło służyć upiększaniu zamku – tkaniny, dywany, meble, trofea myśliwskie i wojenne zwożono do Żółkwi. Szczególnie bogate skarby były zdobyte podczas moskiewskiej wyprawy. Na tyłach zamku Stanisław Żółkiewski założył piękny park obok którego znajdował się zwierzyniec z sarnami i jeleniami. Po śmierci Żółkiewskiego właścicielką Żółkwi została jego córka Zofia, zamężna z Janem Daniłowiczem, wojewodą ruskim. Później miasto przeszło w ręce ich córki Teofili, która wyszła za mąż za Jakuba Sobieskiego. Syn Teofili i Jakuba Sobieskiego Jan został królem Polski pod imieniem Jan III Sobieski. Sobieski przebudował i upiększył zamek w Żółkwi nadając mu charakter bogatej rezydencji królewskiej. W czasach królewiczów Konstantego i Jakuba Sobieskich zamek podupadł i nie był odnawiany. Dopiero po przejściu zamku w ręce litewskiego księcia Michała Radziwiłła w 1739r. rozpoczęto przebudowę zamku. Na skutek pierwszego rozbioru polski Żółkiew znalazła się pod władzą Austrii. Zamek od połowy XIX w. zaczął stopniowo popadać w ruinę, a pożar w 1915r. podczas I wojny światowej dopełnił zniszczenia.

Po zameczku obejrzeliśmy sobie jeszcze dawną synagogę – budynek o charakterze obronnym [foto] zbudowany pod koniec XVII w. W 1625 na miejscu obecnej świątyni zbudowano drewnianą bóżnicę, która jednak szybko spłonęła. W 1635r. właściciel Żółkwi Stanisław Daniłowicz zezwolił na postawienie murowanego budynku. Nową synagogę wzniesiono w latach 1692-1698 przy finansowej pomocy króla Sobieskiego. Jest jedną z największych w Europie bóżnic o charakterze obronnym zbudowaną w stylu renesansu wzbogaconym o elementy baroku.

Później obejrzeliśmy drewnianą cerkiew [foto] pw. Narodzenia NMP (Bogurodzicy) z 1705 r., a na sam koniec ruiny wcześniejszego renesansowego ratusza.

Na zakończenie, mała ciekawostka. W Żółkwi urodził się Bogdan Chmielnicki. Jego ojciec Michał służył jako setnik w prywatnym wojsku S. Żółkiewskiego. Mały Bogdan spędził dzieciństwo w Żółkwi, uczył się w szkole bractwa cerkiewnego. Później rodzina Chmielnickich przeniosła się do Oleska.

Dojechawszy do Lwowa weszliśmy do jednej z knajp niedaleko naszego miejsca obozowania i spróbowaliśmy kwasu o dumnej nazwie „Abalon” oraz barszczu ukraińskiego. Napój ten jest dosyć orzeźwiający i dobry w smaku, przypomina nieco coca colę.

To był chyba najbardziej wyczerpujący dzień…. Trochę kilometrów padło… W domku padliśmy jak bedki, nawet nie obejrzeliśmy żadnej bajki na dobranoc. Trzeba było wypocząć, bo w kolejnym dniu czekała nas obrona Zbaraża przed atakiem rozwścieczonych kozaków Chmielnickiego…

 
 17.06.2015

Trasa: Lwów – Zbaraż – Poczajów – Olesko – Lwów
Dystans: 363 km
Zobacz: Zobacz trasę
Pobierz: Pobierz trasę
Wykresy: Przewyższenia

 

Tak jak już wspomniałem naszym pierwszym celem kolejnego dnia był Zbaraż.

Zbaraż został przyłączony do Królestwa Polskiego za Kazimierza Wielkiego, od XV wieku gniazdo rodowe książąt Zbaraskich. Położony na Czarnym Szlaku napadów tatarskich (z Krymu przez Starokonstantynów, Zbaraż i Sokal do Lwowa). Aż trzy razy w swojej historii Zbaraż był oblegany przez wrogie wojska. Po raz pierwszy bronił się tu przed Tatarami w 1474 kniaź Wasyl Wasylewicz Nieświski. Zamek był wówczas drewniany i został spalony wraz z jego obrońcami. Ponownie w roku 1589 odbudowanego zamku (także z drewna) broni wojewoda bracławski Janusz Zbaraski, także przed Tatarami. I tym razem twierdza została poważnie zniszczona. Tatarzy rozebrali nawet część murów zamkowych. Ruiny starego, nie odbudowanego zamku (na krawędzi wyniosłej, skalistej góry) zachowały się w tzw. Starym Zbarażu, 3 km na zachód od miasta.

W 1626 powstaje nowy, tym razem murowany i dobrze ufortyfikowany zamek na polecenie Jerzego Zbaraskiego i Krzysztofa Zbaraskiego ok. 3 km od miejsca starego zniszczonego zamku. Twierdza została zbudowana na planie kwadratu o boku 88 metrów z czterema bastionami w narożach o wysokości 23 metrów z kazamatami i fosą o szerokości 20 metrów. Zamkowe lochy ciągną się aż pod klasztor bernardynów. Do wnętrza zamku prowadzi barokowa dwupiętrowa brama.

Po bezpotomnej śmierci książąt Zbaraskich Zbaraż stał się własnością (1636) ich krewniaka – księcia Jeremiego Wiśniowieckiego.

Podczas wojen kozackich Bohdan Chmielnicki zajął opuszczoną warownię, podchodząc pod Lwów w 1648 roku. Odzyskany przez Polaków rok później znów stał się celem ataku kozackiego.

Od 10 lipca do 22 sierpnia 1649 oblegane w twierdzy zbaraskiej 14-tys. wojska polskie pod dowództwem księcia Jeremiego Wiśniowieckiego stawiały opór ok. 200-tysięcznej armii kozackiej Chmielnickiego wspomaganej przez ok. 100 tys. Tatarów z chanem krymskim Islam-Girejem. Bagna (obecnie w większości osuszone) przed zamkiem, przez które przekradał się Skrzetuski z listami do króla, tworzyły rozległe moczary po obu brzegach rzeki Gniezny. Choć Zbaraż był nowoczesną, świetnie ufortyfikowaną twierdzą, był jednak zbyt mały, by można było przeprowadzić obronę za jego murami. Z tego powodu armia koronna okopała się przed murami fortecy.

Zamek Zbarskich

Zamek Zbarskich

Zbaraż jednak obronił się. Idące z odsieczą siły polskie w liczbie ok. 25 tys. z królem Janem Kazimierzem na czele zostały oblężone w obozie pod Zborowem, gdzie zawarto z Kozakami kolejną ugodę, po której nastąpiła przerwa w działaniach wojennych.

Kozacy jeszcze trzykrotnie (do 1654) bezskutecznie oblegali warownię zbaraską. Ponownie Zbaraż wraz z zamkiem został zajęty (1675) przez liczącą kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy armię turecką Ibrahima Szyszmana paszy i doszczętnie zburzony. Odbudowany przez Dymitra Jerzego Wiśniowieckiego, po jego śmierci przeszedł na własność Potockich (1682). W roku 1707 (podczas wojny północnej) i 1734 (podczas interwencji rosyjskiej osadzającej na tronie polskim Augusta III) zamek zbaraski był zdobywany i rabowany przez Rosjan. W 1707 przebywał tu krótko car Piotr I Wielki. Potoccy przebudowali zamek na swoją rezydencję.

W I rozbiorze Polski Zbaraż zagarnęła (1772) Austria i pod jej zaborem pozostawał do 1918 roku. Potoccy sprzedali swój majątek na początku XIX wieku. Pałac odremontował na początku XX wieku Tadeusz Niementowski. Zniszczony został ponownie przez wojska rosyjskie kwaterujące tu podczas I wojny światowej.

W naszej ocenie najlepiej zachowany ze wszystkich zamków, jakie do tej pory widzieliśmy. Oczywiście jakby nie inaczej zrobiliśmy rundkę wokół posiadłości zbudowanej przez ród Zbaraskich. Dokładnie obejrzeliśmy umocnienia obronne. Z tyłu zamku prowadzono prace modernizacyjne [foto] przy murze. Tuż przy murach zamku znajdował się, umiejscowiony na wolnym powietrzu, teatr Wiśniowieckiego.

Po rundce honorowej wokół tego pięknego zabytku weszliśmy na dziedziniec. Kilka szybkich fotek [foto] i weszliśmy do jednego z pomieszczeń zamku, w którym znajdowały się drewniane rzeźby przedstawiające głównie, nie kogóż innego jak, Kozaków [foto]. Bardzo fajna ekspozycja mieściła się w kazamatach zamku. Znajdowały się tam narzędzia tortur jakimi posługiwała się inkwizycja [foto], która przeprowadzała za ich pomocą badania sondażowe szukając odpowiedzi na pytanie, czy ktoś był katolikiem, czy [foto] heretykiem. 🙂 W środku zamku, w poszczególnych salach znajdowały się bogato zdobione meble [foto], portrety [foto] (m.in. Sobieskiego, Janusza Korybuta Wisniowieckiego, Stanisława Żółkiewskiego, Stanisława Leszczyńskiego), całkiem niezła makieta zamku [foto], no i zgadnijcie co… popiersie Chmielnickiego. 🙂 W jednym z budynków można było także obejrzeć zabytkową szablę husarską [foto], no i działo [foto].

Kolejny przystanek naszej wycieczki to miejscowość Poczajów, największe Sanktuarium Maryjne Kresów, jest to ośrodek pielgrzymkowy prawosławnych i grekokatolików. W mieście znajduje się Ławra Poczajowska – jeden z najważniejszych klasztorów Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego.

Tam postanowiliśmy wybrać się lekkim skrótem. GPS nakierował nas na piękna polną drogę (prędkość w porywach max. 40 km ), przy której jak i z lewa i z prawa, po sam horyzont, a może i dalej znajdowały się pola, łąki i lasy [foto]. Raz na parę kilometrów można było dojrzeć po drodze jakąś chatkę i troszku ludzi, którzy pracowali na swoim poletku, orali swoje pole przy pomocy konika i pługu jednoskibowego, który jeden z chłopów trzymał mocno w rękach idąc tuż za koniem. Kawałek dalej minęliśmy jakąś babuszkę, która przy samej drodze doiła sobie ręcznie krówkę do metalowego wiaderka.

Punktem kulminacyjnym naszej drogi do Poczajowa była blokada (ale tym razem to nie posłowie Samoobrony) na odcinku kilometra przez trzy związane razem krówki, zaganiane przez młodą dziewuszkę [foto], która starała się spędzić je z drogi, co chwila dając im srogie baty kijaszkiem, który trzymała w ręku… niestety bezskutecznie. Dopiero zeszły z drogi, gdy musiały skręcić w kierunku swojej obory.

Po tych przygodach w końcu dotarliśmy do Poczajowa [foto]. Pierwsze, co narzuca się w tym miejscu, to przepych. Cerkiew przy cerkwi, no i żeby nie było tak dobrze, to kilka babuszek siedziało na schodach u bram sanktuarium i żebrało o kopiejki, a najlepiej o papierowe hrywny. Po takiej dawce świecidełek i złota trzeba było się posilić. Zjedliśmy w jakiejś niewielkiej knajpce, po trzy duże pierogi z mięsem i ruszyliśmy na ponowne oblężenie Oleska, tym razem wiedząc, że będzie można tam wejść do środka zamku.

Dotarłszy do celu zauważyliśmy w końcu jakiś akcent z Janem III Sobieskim, mianowicie na jednej ze ścian na dziedzińcu jest przytwierdzona tabliczka [foto] upamiętniająca 250 rocznicę zwycięstwa pod Wiedniem [film] (ocalenia chrześcijaństwa od nawałnicy tureckiej).
Później zabraliśmy się za wnętrza budowli. W pierwszej komnacie zobaczyliśmy ciekawe gobeliny na ścianach [foto] oraz stół, na którym znajdowała się wyrysowana mapa Jeruzalem-Egiptu-Syrii [foto]. W kolejnych salach mieściły się oczywiście zdobione bogato meble, portrety m.in. Stefana Batorego, Jana Zamojskiego, Jana Karola i Hieronima Chodkiewiczów, Jana III Sobieskiego i jego żony Marii Kazimiery, Jakuba i Konstantego Sobieskich – dzieci króla, popiersie przestawiające Barbarę Radziwiłłówną-małżonkę Zygmunta Augusta [foto], mapka ukazująca zwycięski szlak Jana III Sobieskiego, kończący się victorią pod Chocimiem w 1673r).

„Bitwa pod Wiedniem”  1693-1695 r., Marcin Altomontego

„Bitwa pod Wiedniem”
1693-1695 Marcin Altomontego

Po obejrzeniu tychże zabytków, przeszliśmy dostojnym krokiem do sali, w której eksponowana jest perełka tego muzeum, czyli obraz Bitwa pod Wiedniem, pędzla Martina Altomontego. Długo wpatrywaliśmy się w to dzieło i dumaliśmy nad wielką victorią naszego Sobieskiego, po czym pstryknęliśmy sobie fotkę [foto] na tle tego arcydzieła (ze statywu chociaż nie było można). Na koniec zwiedzania weszliśmy jeszcze do sali tortur – za dodatkowa opłatą. 🙂 Co tam zwróciło naszą uwagę – męski pas cnoty [foto]. Przy wychodzenie z zamku zauważyliśmy jeszcze jedno pomieszczenie, które było niedostępne dla zwiedzających, a była nim zamkowa kapliczka [foto].

Po wyjściu z muzeum zamkowego zrobiliśmy fotkę dziedzińca [foto], otrzymaliśmy od Pana przebranego za Jana III Sobieskiego dokumenty nadające nam przywilej do zwiedzania zamków na terenie Kresów oraz tytuły szlacheckie gęsim piórem podpisane i to w języku polskim. Oczywiście zrobiliśmy sobie z Panem przebranym za Sobieskiego wspólne zdjęcie klasowe [foto].

Wdaliśmy się w rozmowę z tymże Panem, który bardzo dobrze mówił po polsku. Opowiadał nam gdzie znajduje się oryginalny obraz Bitwy pod Kłuszynem, o tym, że kasa z muzeum płynie prosto do Kijowa na potrzeby wojny, a nie na renowację budynku i ulepszenie ekspozycji, stwierdził cyt: „tylko na żarówkę i miotłę wystarcza”. Powiedział także bardzo mądre słowa, że Ukraińcy powinni się cieszyć z tego co im pozostawiono, a nie doprowadzać do ruiny polskie zabytki. Poruszył także temat przekłamania historii w szkołach, dodał, że gdy jego syn powiedział na lekcji historii w szkole, że bitwę pod Beresteczko wygrał Jan Kazimierz, nauczycielka za to obniżyła mu ocenę. Ciągnąc dalej opowiedział o rzezi UPA w Wiśniowcu, gdzie banderowcy w jedną noc ubili 900 Polaków i powrzucali ciała do studni. W dzień udawali, że produkują w wiosce dachówkę, a w nocy dokonywali rzezi, aż krew płynęła w rzekach. Zauważył, że komunizm kompletnie dobił Ukrainę, a Polska jeszcze jakoś z tego w miarę wyszła. Dodał, że powinno się dbać o polskie zabytki, które znalazły się na terytorium Ukrainy. Stwierdził, że są trzy różne Ukrainy – zachodnia, wschodnia, i zakarpacie (południowa). Opowiadał też gdzie ciągnęło się terytorium księstwa halicko-włodzimierskiego, o królu Danile i jego synu Lwie. Nasz Pan szlachcic powiedział, że mieszka w pobliżu Oleska oraz, że ma kuzyna w Poznaniu na oś. Oświecenia. Konkludując dobitnie powiedział, że ważne jest to, żeby znać historię i pamiętać o przeszłości. A na imię było mu Mieczysław…

 
 18.06.2015

Trasa: Lwów – Złoczów – Lwów – Pałac Potockich – Rynek – Ratusz – Piekarska
Dystans: 146,5 km
Zobacz: Zobacz trasę
Pobierz: Pobierz trasę
Wykresy: Przewyższenia

 

Ostatni dzień przed wyjazdem postanowiliśmy zebrać się na ponowne oblężenie Złoczowa [foto]. Tylko tym razem w kręgu naszych zainteresowań było wnętrze zamku oraz pałacu chińskiego (zbudowany na polecenie króla Jana III Sobieskiego dla jego żony Marysieńki).

Kompleks Zamkowy Sobieskich - Złoczów

Kompleks Zamkowy Sobieskich – Złoczów

W kolejnych salach w zamku znajdowały się bogato zdobione meble – głównie szafy [foto], portrety, makieta, prawdopodobnie jakaś sala stołowa z tronem [foto]? No, ale głównym punktem programu w tymże obiekcie jest oczywiście obraz Bitwa pod Parkanami [foto], w której pierwsze skrzypce grał nie kto inny, jak król Jan III Sobieski. Obraz jest wywieszony na zbyt małej ścianie, ale trzeba to przemilczeć. Prócz tego w zamku znajdowały się drukowane kopie obrazów: bitwy pod Kłuszynem oraz bitwy pod Chocimiem.

W Pałacu Chińskim eksponowano sztukę japońską, egipską, indonezyjską i wiele innych dalekowschodnich rzeczy. Najciekawsza dla nas była głowa mumii oraz mapa Jeruzalem polskiego dzieła. Tym polskim akcentem pożegnaliśmy Złoczów i ruszyliśmy, aby ostatnie chwile naszego pobytu na Kresach spędzić we Lwowie.

Tam na pierwszy cel obraliśmy Lwowską Galerię Sztuki znajdująca się w Pałacu Potockich. W samym środku Pałacu na pierwszym piętrze znajdowało się kilka pięknych sal. Wśród nich wyróżniały się: sala czerwona [foto] (z kominkiem), prawdopodobnie sala, w którym był jakiś teatrzyk lub obywały się przedstawienia muzyczne [foto], no i sala niebieska z długim stołem, lustrami, portretami.

Pałac Potockich we Lwowie

Pałac Potockich we Lwowie

Na drugim piętrze pałacu znajdowały się sale z obrazami podzielone według państw. I tak. Była sala ukraińska, austriacka, niemiecka, włoska, francuska… No i polskiej oczywiście nie było. 🙁 Ale spokojnie. Można było sobie zobaczyć w jednej z tych sal portret króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, a także króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W sali z eksponatami francuskimi wisiał sobie portret [foto] króla Augusta III Mocnego (bo Francuz go namalował). I tam też słysząc naszą polską mowę odezwała się do nas babuszka, która pilnowała tejże sali. Jakiż to błysk w jej oku i wielkie rozradowanie zapanowało na twarzy, a nie wspominając o energii jaka w nią wstąpiła, gdy usłyszała polski język. Zaraz zasypała nas gradem opowieści. Z wielkimi emocjami opowiadała jak to niedawno zwiedzali wystawy w pałacu młodzi Ukraińcy, którzy w rozmowie z nią twierdzili, że Michał Korybut Wiśniowiecki był Ukraińcem, a jakby tego było mało spytali się jej, czy te meble, aby nie są też ukraińskie? Ciągnąc dalej tą historię powiedziała, że wtedy już nie wytrzymywała i tak ich ochrzaniła, że uciekali, gdzie pieprz rośnie. 😉 Dodała, że nie może za głośno mówić o polityce tego muzeum, bo chce jeszcze tu pracować. Oznajmiła nam również, że posiada rodzinę w Polsce, która co jakiś czas do niej przyjeżdża. Dumnie także wyperswadowała, że jeżeli ktoś przychodzi do niej w odwiedziny, to musi stosować się do jej zasad i rozmawiać w języku polskim, a jeżeli ona sama udaje się w odwiedziny to stosuje się również do prykazów gospodarzy i najczęściej porozumiewa się po ukraińsku. Zrobiła nam wspólne zdjęcie przy Auguście III Mocnym i koniecznie uparła się, że musi nam zrobić zdjęcie przy jakimś obrazie [foto], chociaż nie mieliśmy pojęcia tak naprawdę, co to za obraz.

Na koniec poleciła nam abyśmy udali się do budynku tuż obok pałacu gdzie znajdują się polskie obrazy m.in. Jana Matejki, Kossaka, Józefa Brandta. Gdy już nasycaliśmy wzrok obrazami Matejki (Szymon Starowolski z Karolem Gustawem przed grobem Łokietka [foto], portret dzieci malarza [foto]) Kossaka, Artura Grottgera (Spotkanie Jana III Sobieskiego z cesarzem Leopoldem I [foto]) udaliśmy się po raz ostatni w tej naszej tułaczce na Rynek.

Chcieliśmy zwiedzić wnętrze kamienicy Sobieskiego, ale niestety już było nieczynne. Mogliśmy wejść tylko na dziedziniec kamienicy. No cóż… następnym razem koniecznie będzie trzeba odwiedzić te salony wewnątrz wspomnianej kamienicy Sobieskiego. W takim wypadku zdecydowaliśmy, że udamy się na sam szczyt ratusza, by podziwiać piękna panoramę Lwowa [foto]. Trzeba przyznać, że jest to najlepszy punkt widokowy [foto]. Wypatrzyliśmy nawet stamtąd Ładę na balkonie jednej z kamienic [foto], co najmniej na poziomie 5 piętra. 🙂 Po zejściu na sam dół stwierdziliśmy, że trzeba się niezwłocznie posilić. W tym celu udaliśmy się na ul. Ruską 16 do knajpki o nazwie Lwowska Premiera (nazwa była po polsku). W tymże lokalu obsługa sprawnie posługiwała się językiem polskim, a także menu było w naszym ojczystym języku. Trzeba przyznać, że jedzenie tam było świetne, świeże i dobre, no i niedrogo jak na polską kieszeń. Opuściwszy ten przybytek, w drodze powrotnej na naszą chałupkę (zauważyliśmy jeszcze polski napis na ścianie jednej z kamienic [foto] – prawdopodobnie był tam kiedyś polski sklep), jeszcze syciliśmy się widokiem ryneczku, gwaru jaki na nim panował, zerknęliśmy na polską katedrę Łacińska i z żalem kierowaliśmy nasze ostatnie kroki w naszym Lwowie w kierunku ul. Piekarskiej – lokum naszej gospodyni, Pani Jadwigi Sabadasz… Jeszcze nie doszliśmy do naszej kamienicy, a już wzbierała w nas tęsknota za tym miastem, polskimi pozostałościami i jednoznacznie stwierdziliśmy – We will back here soon… 🙂

 

– – –

Ogóle wnioski i spostrzeżenia: na bardzo wielu budynkach wisiały flagi ukraińskie, na wielu stoiskach można było kupić nie tylko flagi ukraińskie, ale co niepokojące, flagi banderowców z UPA, a nawet szaliki z Stepanem Banderą, brak pamiątek związanych z Polską i polskimi historycznymi postaciami np. nie było nic związanego z Sobieskim do kupienia i innymi polskimi osobistościami związanymi z tymi ziemiami, na rynku nie ważne jaki dzień pełno ludzi, gwar, coś się działo cały czas: tańce, śpiewy, granie na gitarze, pełno wycieczek różnych narodowości (oczywiście byli i Japończycy), do Oleska, Zbaraża, Złoczowa, Podhorców przyjeżdżało dużo wycieczek dzieci i młodzieży – autokarami, w okolicy gdzie mieszkaliśmy dużo było Turków, spotkaliśmy też Afroamerykanów, prawosławni bardzo dużo się żegnają, a to przechodząc obok cerkwi, a to w cerkwi tu i tam po kilkanaście razy, całują ikony, które są umieszczone w szklanych gablotach i potem wycierają je po sobie chusteczką, która leży w pobliżu, zapalają i zostawiają świeczki przy ikonach, dużo samochodów typu Łada, Lwów – czyste, zadbane miasto (codziennie rano babuszki z miotłą z brzózek zamiatają ulice), rośnie liczba pomników ukraińskich nacjonalistów: Tarasa Szewczenki, są i już pominiki Bandery, benzyna 92 i 95 oktanów (nie widzieliśmy 98 oktanów), w samym mieści brak większych galerii handlowych, reklam, większych marketów typu biedronka Tesco, Lidl, nie było grafitti na murach, strefa czasowa +1h, Ukraińcy gdzie się da zacierają oznaki polskości (usunięte polskie pomniki, nazwy ulic), dogadać się szło z nimi na pół po polsku, pół po ukraińsku bez większych problemów, zameczki niszczeją czy to w Olesku czy Złoczowie, w zamkach portrety i obrazy bez opisów, a jak już są opisane to znaleźć coś po polsku graniczy z cudem, przy każdym prawie obiekcie zatrudniona była ochrona, zmiana godzin pracy w muzeach należących do Lwowskiej Galerii Obrazów od 15.06.2015r (czynne od środy do niedzieli, od godz. 10 do 18, poniedziałek i wtorek nieczynne – Olesko, Podhorce, Złoczów).

Przemek

* Źródło informacji historycznych: Wikipedia ; http://monumentservice.pl ; http://rzecz-pospolita.com ; http://www.zloczow.com

 

  • Zobacz GALERIĘ
  • Czytaj INFORMACJE

 

]]>
http://www.frihet.pl/2015/07/wyprawa-na-ukraine-2/feed/ 0
Wyprawa do Macedonii http://www.frihet.pl/2011/06/wyprawa-do-macedonii-2/ http://www.frihet.pl/2011/06/wyprawa-do-macedonii-2/#comments Sat, 04 Jun 2011 19:43:14 +0000 http://www.frihet.pl/?p=3740
Magaro

Magaro 2245 m n.p.m.

Gdy po raz pierwszy pojawiliśmy się w Ochrydzie natychmiast zapragnęliśmy tam wrócić ponownie, na dłużej. Pragnienie to okazało się na tyle silne, że w niecały rok po tym zdarzeniu kolejna wyprawa była gotowa. Macedonia to mały kraj, jednak możemy w nim znaleźć wiele zabytków, pięknych cerkwi, klasztorów, zachwycającą przyrodę oraz przyjaznych ludzi. Oto co zostało zapisane w księgach Frihetu. Posłuchajcie?


17.05.2011

Długie podróże mają to do siebie, że są długie i męczące. Więc i z tą nie mogło być inaczej. Głównie spaliśmy. W przerwach między drzemkami docierały do nas tajemnicze rozmowy współpasażerów o ?fioletowych krowach? i innych niespotykanych zjawiskach. Woleliśmy już spać?


18.05.2011

Do Skopje dotarliśmy we wczesnych godzinach porannych. Szczęście dopisywało nam od samego początku. Elegancko zgrały się autobusy i już o 6:00 ruszyliśmy do Ochrydu. Czas spędzony w podróży przeznaczyliśmy na sen. Standardowo. Mile zaskoczył nas wynajęty pokój. Fajnie urządzony, czysty, zadbany, do tego położony na starym mieście, w idealnym dla nas punkcie. Resztę dnia przeznaczyliśmy na dokładne rozpoznanie okolicy. Kilka kroków dzieliło nas od głównego deptaku, bazaru [foto] czy marketu. Poczyniliśmy stosowne zapasy, ustaliliśmy plan na kolejny dzień i poszliśmy spać?


19.05.2011

Trasa: Ochryd ? Lirada ? Magaro ? Lirada ? Ochryd
Dystans: 47,2 km

Zobacz trasę Pobierz trasę Przewyższenia

Wyspani jak nigdy wstaliśmy bardzo wcześnie. Szybko znaleźliśmy transport do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów przełęczy Lirada, skąd zaplanowaliśmy początek wejścia na Magaro. Pogoda była niezła, w trakcie jazdy podziwialiśmy przepiękne krajobrazy gór [foto] i jeziora Ochrydzkiego. Byliśmy bardzo podekscytowani, było fantastycznie? Od przełęczy znakowanym szlakiem [foto] ruszyliśmy w kierunku szczytu. Z każdym zdobytym metrem robiło się chłodniej, zalegające płaty śniegu stawały się coraz większe. Miłą odmianą była mała dolina [foto] schowana pośród gór. Idealne miejsce na obóz. Niestety od tego miejsca było już tylko gorzej. Zrobiło się naprawdę zimno, zewsząd otaczał nas śnieg [foto], który razem z chmurami tworzył nieprzeniknioną białą ścianę. Nawigacja w tych warunkach stała się bardzo trudna. Zaczęło padać i bardzo mocno wiać, zniknął śnieg [foto]. I to by było na tyle, jeśli chodzi o podziwianie pięknych widoków. Nie to jednak było naszym głównym zmartwieniem. Poruszanie się po szlaku było naprawdę trudne. Szukaliśmy znaków, błądząc niemal po omacku. Na całe szczęście znaleźliśmy drogę na szczyt. Tam pozwoliliśmy sobie na dosłownie chwile wytchnienia, mimo padającego gradu. Trzeba było jednak zejść. Musieliśmy się koncentrować na utrzymaniu równowagi, aby wiatr nie zrobił z nas latawców. Byliśmy już przemoczeni a deszcz ani myślał przestać padać. Gęste chmury ograniczały widoczność do kilku metrów. Wielokrotnie gubiliśmy szlak idąc dalej na czuja. Było fantastycznie? Opaczność nad nami czuwała bowiem bezpiecznie zeszliśmy [foto] i wróciliśmy do miasta. Popołudnie spędziliśmy wędrując wąskimi uliczkami Ochrydu, przy zapachu wszechobecnej glicynii, nasiąkając niepowtarzalnym klimatem tego miejsca?


20.05.2011

Trasa: Ochryd ? Velestovo ? Asan Gura ? Goga ? Velestovo ? Ochryd
Dystans: 33,2 km

Zobacz trasę Pobierz trasę Przewyższenia

Piękny poranek i dobrze zapowiadająca się pogoda spowodowały, że zmieniliśmy wcześniejsze plany i ponownie ruszyliśmy w góry. Nasz znajomy kierowca Vasko podrzucił nas do miejscowości Velestovo, gdzie mogliśmy poczuć prawdziwy klimat wsi [foto]. Dalej zboczami górskimi ruszyliśmy w nieznane. Dosłownie! 🙂 Bez mapy, co prawda znakowanym szlakiem, który jednak przeplatał się z innymi, znakowanymi tak samo a czasami znikał na dobre. Nie przeszkadzało to nam zupełnie. Piękno przyrody, spokój i brak kogokolwiek [foto] dawało nam wiele radości. Słońce tego dnia ani myślało chować się za chmurami na dłużej. Było fantastycznie. Wędrując cały czas przed siebie dotarliśmy do przepięknej [foto] doliny. Zaskoczył nas tam ogromnie napotkany grób [foto]. Niestety nie poznaliśmy jego historii. Wędrowaliśmy dalej zachwycając się [foto] otaczającą nas przyrodą [foto] i nie martwiąc zgubionym po drodze szlakiem? Mając już plan awaryjny trafiliśmy na znak (w języku macedońskim), który wskazał nam kierunek na szczyt Goga. Wspinając się jego zboczem mogliśmy podziwiać w całej okazałości masyw górski Galicica [foto]. Krajobraz był fantastyczny, pogoda również, zrehabilitowała się za dzień wczorajszy. Na szczycie czekała na nas nagroda. Mogliśmy z tego miejsca zobaczyć oba jeziora, tj. Prespa i Ochrydzkie jednocześnie. Widok wart każdego wysiłku. A to nie koniec atrakcji. Był mini tort [foto], świeczka czyli impreza urodzinowa ? miła niespodzianka w wyjątkowym miejscu. Nasyciwszy nasze oczy niepowtarzalnymi krajobrazami ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem z kompasem w reku, wyznaczywszy azymut na Velestovo, sprawnie schodziliśmy w dół. Przemierzając góry, doliny, drogi [foto], łąki oraz pola uprawne [foto] dotarliśmy do wsi. Tam poznaliśmy Panią Ljubice [foto], energiczną 85-latkę, która w krótkim czasie opowiedziała nam wiele o sobie. Niesamowite spotkanie. Po 15 minutach od wykonania telefonu pojawił się nasz niezawodny Vasko, który chciał już dzwonić do Interpolu, gdybyśmy zbyt długo nie wracali. Wieczorem czekała na nas kolejna niespodzianka. Z okazji moich urodzin Vasko zabrał nas do restauracji Belvedere, gdzie przy tradycyjnej macedońskiej muzyce, granej i śpiewanej na żywo, mogliśmy zobaczyć tradycyjne macedońskie tańce. Popijając wino o niepowtarzalnym smaku, rozmawiając o Macedonii, jej mieszkańcach i historii, spędziliśmy fantastyczny wieczór…


21.05.2011

Trasa: Ochryd ? Radożda ? Struga ? Ochryd
Dystans: 55,3 km

Zobacz trasę Pobierz trasę Przewyższenia

Dzisiejszy poranek, równie piękny i obiecujący jak poprzedni, zachęcił nas do wyprawy do Radożdy. Vasko podwiózł nas na koniec wsi, skąd udaliśmy się w drogę powrotną odwiedzając napotkane cerkwie. Jako pierwszą zobaczyliśmy dopiero co budowaną cerkiew św. Ilia. Idąc w kierunku cerkwi św. Bogurodzicy spotkaliśmy Dordia [foto], który nie dość, że potrafił mówić po polsku, to jeszcze okazał się być opiekunem wszystkich cerkwi we wsi. Dzięki niemu mogliśmy wejść do cerkwi i zobaczyć [foto] jej piękne, odnowione wnętrze. Martynka została przyozdobiona przez Dordia w tradycyjną macedońską chustę [foto]. Niesamowite przeżycia. Wracając w kierunku wsi dowiedzieliśmy się od Dordia, że droga, która właśnie idziemy to Via Ignatia [foto], stary szlak komunikacyjny zbudowany w czasach rzymskich. Potem nastąpiło kolejne niesamowite zdarzenie, Dordie zaprosił nas do siebie. Poznaliśmy jego rodzinę, siedząc przy stole w ogrodzie zostaliśmy poczęstowani herbatą, winem i miodem, który jedliśmy bezpośrednio z plastra. Okazało się, że Dordie jest pszczelarzem, dla którego dźwięki wydawane przez pszczoły są niczym muzyka Wagnera. Dordie w latach siedemdziesiątych pracował w Czechosłowacji razem z Polakami, stąd tak dobrze zna nasz język. Jest bardzo pozytywną osobą, ciesząca się życiem i tym co ma. Szczery i sympatyczny. Po biesiadzie udaliśmy się do kolejnych cerkwi. Pierwszą była cerkiew św. Nikoli [foto], stara, piękna, posiadająca w swych zbiorach greckie ikony z 1790 roku. Najlepsze zostało jednak na koniec. 13-wieczna Cerekiew św. Archanioła Michała wykuta w skale [foto]. Przepiękna! Niesamowity klimat wnętrza [foto] udzielił się każdemu z nas [foto]. Dordie dał próbkę swoich możliwości wokalnych aby pokazać nam kapitalna akustykę tego miejsca. Niezapomniane chwile. Zdecydowanie warto odwiedzić tą niepozorną wioskę, która kryje w sobie tak wiele przepięknych cerkwi. Po pożegnaniu i rozstaniu się z Dordiem przyszedł czas na obiad. Pstrąg po ochrydzku [foto] okazał prawdziwą ucztą i rajem dla podniebienia. W doskonałych nastrojach udaliśmy się brzegiem jeziora w drogę powrotną do Strugi? Widoki były fantastyczne [foto].


22.05.2011

Trasa: Ochryd ? Klasztor św. Nauma ? Trpejca ? Ochryd
Dystans: 64,9 km

Zobacz trasę Pobierz trasę Przewyższenia

Chcąc nieco odpocząć od nadmiaru wrażeń udaliśmy się do Klasztoru św. Nauma. Został on wzniesiony na wysokiej skale tuż przy samym jeziorze, skąd można zachwycać się pejzażem najbliższej okolicy. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od popłynięcia łodzią [foto] Drinem z Nikolą, który okazał się być znanym fotografem. Widoki były ładne, krystalicznie czysta woda mieniła się w słońcu niczym zwierciadło. Spokój i otaczająca nas przyroda pozwoliły nam na pełny relaks. Uzupełnieniem wszystkiego była izraelska pieśń zaśpiewana przez Nikolę w ich ojczystym języku… Piękna! Krótki przystanek zrobiliśmy przy źródełku z cudowna wodą [foto]. Nikola opowiadał o swoich fotografiach, podróżach oraz wizycie w Polsce. Nawet nie zauważyliśmy kiedy dobiliśmy z powrotem do brzegu. Dalej wolnym krokiem zmierzaliśmy do cerkwi św. Archaniołów położonej pośrodku klasztoru. Jest niesamowita. Nie to jednak okazało się główną atrakcją klasztoru. Jest on bowiem opanowany przez pawie [foto], których tańce godowe [foto] oprócz swoich partnerek przyciągnęły rzeszę turystów. Tereny przyklasztorne mają dużo uroku [foto], można na kilka dłuższych chwil schować się wśród przyrody z dala od całego zgiełku towarzyszącemu turystom odwiedzającym klasztor. Wracając piękną krajobrazowo drogą wzdłuż stromego brzegu jeziora, nasz kierowca pokazał nam mało znane miejsca widokowe [foto], z których mogliśmy zachwycać się niesamowitą panoramą jeziora ochrydzkiego. Wieczór spędziliśmy w Ochrydzie, kręcąc się po zabytkowych uliczkach miasta. Na placu przy jeziorze trafiliśmy na międzynarodową imprezę, podczas której dzieci prezentowały tradycyjne tańce swoich krajów [foto]. Idealne zakończenie dnia.


23.05.2011

Trasa: Ochryd ? Struga ? Vevcani ? Struga ? Ochryd
Dystans: 69,9 km

Zobacz trasę Pobierz trasę Przewyższenia

Vevcani to małe miasteczko położone w górach. Ma wyjątkowy klimat. Stare budynki, wąskie uliczki [foto], pięknie przyozdobione ogrody mieszkańców dodają uroku temu miejscu. Wędrówkę rozpoczęliśmy od odwiedzenia cerkwi św. Nikola położonej na niewielkim wzniesieniu [foto].150 letnia budowla jest pięknie zdobiona freskami i ikonami wykonanymi przez najlepszych macedońskich artystów. Niestety nie można tam fotografować. Życie we Vevcani toczy się swoim rytmem [foto], spokojnym, zgoła odmiennym od miastowego zgiełku. Idąc dalej dotarliśmy do ścieżki [foto], która doprowadziła nas do miejsca skąd źródła wypływające z gór [foto] dają początek ?małej? rzece [foto]. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę obserwując to zjawisko [foto] oraz życie okolicznej flory. Żar lał się nieba i było już bardzo gorąco gdy wspinaliśmy się na wysokość 1300 m n.p.m. do klasztoru św. Spas. Obecnie znajduje się tam piękna cerkiew [foto] a sam klasztor jest w budowie. Z tego miejsca rozciąga się kapitalna panorama na najbliższą okolicę [foto]. Droga powrotna minęła nam na fotograficznym polowaniu na jaszczurki, które są tam wszechobecne. Było dużo zabawy aby trafić dobry kadr [foto]. W położonej w malowniczym miejscu restauracji przy wejściu do źródeł, zjedliśmy pyszny obiad i wróciliśmy do Ochrydu.


24.05.2011

Trasa: Ochryd

Cały dzisiejszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na odkrywanie i zwiedzanie Ochrydu. Na początek udaliśmy się do pięknej cerkwi św. Bogurodzicy Kamensko, położonej nieopodal naszego mieszkania. Wzięliśmy tam udział w prawosławnej mszy, uważnie obserwując całą liturgię, gdzie na jej zakończenie zjedliśmy święty chleb razem z Macedończykami. Wspinając się w górę starego miasta dotarliśmy do fortecy cara Samuela. Wybudowana w 10 wieku posiada mury o 16 m wysokości i 3 km długości. Można z nich zobaczyć panoramę miasta, jeziora [foto] i najbliższej okolicy. Bardzo fajny punkt widokowy. Dalej leśną ścieżką udaliśmy się do cerkwi św. Jovana Kaneo. Położona jest w bardzo malowniczym miejscu [foto], z którego rozciąga się widok na jezioro i miasto [foto]. Błądząc zabytkowymi uliczkami odwiedziliśmy jeszcze Galerię Ikon, która może pochwalić się pięknymi zbiorami oraz 11 wieczną cerkiew św. Sophia, która zrobiła na nas ogromne wrażenie. Zachwyceni tym co dziś widzieliśmy zdecydowaliśmy, że wieczorem udamy się na nocne focenie Ochrydu. Miasto ukazało nam nowe oblicze. Oświetlona przez liczne lampy cerkiew św. Jovana Kaneo prezentowała się doskonale [foto]. Klasztor św. Pantelejmon również wyglądał wspaniale [foto] stojąc dumnie pośród licznych wykopalisk. Jednak największe wrażenie wywarła na nas cerkiew św. Bogurodzicy Perivlepta, która została oświetlona na zielono [foto]. Trzeba to zobaczyć. Całe miasto w nocnej aurze prezentuje się imponująco [foto].


25.05.2011

Trasa: Ochryd

To nasz ostatni dzień w Ochrydzie. Ochłodziło się, w powietrzu wisiał deszcz? Z samego rana ruszyliśmy na miasto aby uzupełnić zapasy przed drogą powrotną. Odkryliśmy wówczas uliczkę za murem fortecy prowadzącą do pięknego punktu widokowego ? szkoda, że nie mieliśmy aparatów? Wędrówkę kontynuowaliśmy brzegiem jeziora, gdzie czas mijał nam na rozmowie i obserwacji zmieniającej się architektury. Zaczęło kropić? Popołudnie postanowiliśmy spędzić w domu przy piwie i dobrej rockowej muzyce.


26.05.2011

Droga powrotna okazał się bardziej męcząca niż dojazd. Nie obyło się bez przygód i niespodziewanych zdarzeń. Ale to już zupełnie inna historia?

Krzysiek


]]>
http://www.frihet.pl/2011/06/wyprawa-do-macedonii-2/feed/ 6
Wyprawa na Bałkany http://www.frihet.pl/2010/10/wyprawa-na-balkany/ http://www.frihet.pl/2010/10/wyprawa-na-balkany/#comments Wed, 13 Oct 2010 05:56:09 +0000 http://www.frihet.pl/?p=2516
Albania

Albania


Wyprawa zorganizowana przez Konsula Honorowego Republiki Albanii Jarosława Rosochackiego oraz Towarzystwo Polsko ? Albańskie. Taki charakter wyjazdu był dla nas nowością, jednak w najbliższej przyszłości nie planujemy tego powtarzać. Jako osoby z zewnątrz pojechaliśmy tam z nieco innym nastawieniem i z nieco innymi planami 🙂 Bywało różnie. Zobaczyliśmy jednak kawałek świata, poznaliśmy inną kulturę, tradycje i zwyczaje. I co dla nas najważniejsze, powędrowaliśmy po dzikich albańskich górach. Posłuchajcie….


18.09.2010
Trasa: Poznań ? Czechy ? Słowacja ? Węgry

Za oknem autobusu leniwie przewijają się krajobrazy. Mkniemy. Mijając kolejne miejscowości z każdym km zbliżamy się do granicy. Czas wypełnia nam wykład Pana Jarka. Dowiadujemy się wielu ciekawych informacji o Albańczykach, ich kulturze i obyczajach. Przedsmak tego, czego mamy doświadczyć sami. Zostawiamy za sobą kolejne kilometry. Podczas ?sikpauzy? z zainteresowaniem obserwujemy życie osiedlowe czeskich myszy, które w pobliżu stacji benzynowej zagospodarowały spory kawałek terenu. Przemierzając Węgry jesteśmy świadkami inwazji słoneczników, które hektarami ciągnęły się wzdłuż drogi. Życie towarzyskie autobusu nabierało rumieńców. Zakupy poczynione w słowackim sklepiku zaczynały przynosić właściwy efekt 🙂 Nie ma jednak róży bez kolców. Po tylu godzinach podróży nasze ?siedzenia? są już kwadratowe. Późnym wieczorem docieramy do Szegedu, gdzie czekał zamówiony nocleg. Wreszcie można poleżeć na dowolnie wybranym boku 😀


19.09.2010

Trasa: Szeged ? Serbia ? Kosowo

Noc spędzona w domkach Eurocampu zregenerowała nasze siły nadszarpnięte wielogodzinną podróżą dnia wczorajszego. Zanim każdy dobrze ulokował się w swoim autobusowym siedzisku, byliśmy już na granicy z Serbią. Po niewielkich problemach i groźnych spojrzeniach pogranicznika ruszyliśmy w głąb kraju. Naszym oczom ukazały się gigantyczne uprawy kukurydzy [foto], ciągnące się po horyzont. Niesamowity widok, zważywszy, że w najbliższej okolicy nie było widać żadnych gospodarstw. Krajobraz dopełniały pola słoneczników. Czarnych łbów, pozwieszanych i ponuro spoglądających na świat. Przy niezbyt sprzyjającej aurze był to dość przygnębiający widok. Cały czas pada. Połykamy kilometr za kilometrem. Im bliżej Kosowa jesteśmy, tym jest cieplej. Zmienia się też krajobraz. Teren stał się górzysty, mogliśmy nacieszyć oczy. Pola kukurydzy nie pozwalały nam jednak zapomnieć, że to wciąż Serbia. Na przejściu granicznym pogranicznicy sprawiali wrażenie nieco milszych niż przy wjeździe do kraju. Mimo wszystko swoje musieliśmy odstać. Jakże mile się zaskoczyliśmy niespełna kilka metrów dalej. Straż graniczna z Kosowa była uprzejma, rozmowna i uśmiechnięta. Niestety powrót tą samą drogą nie jest możliwy. Jak nam się udało dowiedzieć, wjeżdżając do Kosowa z Albanii czy Macedonii i dalej chcąc jechać do Serbii, będziemy przez nią traktowani jako osoby, które nielegalnie przekroczyły granicę. Paradoks. Po załatwieniu wszystkich formalności udajemy się do stolicy kraju, Prisztiny. Wzdłuż drogi mnożą się liczne firmy i małe osiedla. Identyczne, wielopiętrowe domy budowane przez braci tworzą niepowtarzalny widok. Im więcej rodzeństwa, tym więcej jednakowych budynków obok siebie. Kosowo rozwija się dynamicznie. Pieniądze napływają do kraju od Albańczyków pracujących za jej granicami. Stolica przywitała nas wąskimi uliczkami, ogromną ilością samochodów, sklepów, restauracji i kawiarenek. Tętniła życiem. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w akademiku. Po szybkim rozpakowaniu i odświeżeniu się, mocną grupą ruszyliśmy do centrum miasta wziąć udział w tradycyjnym ?corso?. Spacerowaliśmy razem z Albańczykami deptakiem wśród przeróżnych lokali, gdzie nocne życie nabierało kolorów. Główną atrakcją wieczoru był jednak pędzący, żółty ?maluch?. Tego nie spodziewaliśmy się tam zobaczyć 🙂 ?Wielbłądzie mleko? na noc wynagrodziło nam trudy całego dnia?


20.09.2010

Trasa: Prisztina ? Prekas ? Peje ? Prisztina

Dzień zaczął się od wizyty w rodzinnej knajpie ?Majaci? i skonsumowania ogromnego śniadania. Składało się na nie: darmowa zupa z pieczywem, smażone klopsiki, ostra czerwona papryka oraz herbata (caj) podawana w tradycyjny sposób [foto]. Najedzeni do syta ruszyliśmy zwiedzać miasto. Przemierzając ulice Prisztiny trafiliśmy na ślady [foto] dawnej wojny. Jest ich jednak coraz mniej i za niedługo znikną zupełnie. Zagłębiając się w starszą część miasta, błądząc w sieci uliczek, widzieliśmy stare meczety, zrujnowane budynki, rejony biedniejsze. Ludzie byli bardzo sympatyczni, uśmiechnięci. Nie sposób ich nie polubić 🙂 Około południa wyjechaliśmy na objazdowe zwiedzanie Kosowa. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie odwiedzenie, w miejscowości Prekas, domu [foto], w którym wraz z całą rodziną zginął Adem Jashari. Serbowie z moździerzy ostrzelali budynki, w których zginęło łącznie 56 osób. Adem był albańskim partyzantem, któremu w roku 1998 przyszło zapłacić najwyższą cenę?


21.09.2010

Trasa: Prisztina ? Gjakowa ? Prizren ? Durres

Górską drogą, wśród malowniczych krajobrazów opuszczamy Prisztinę i udajemy się do Gjakovy. Miasteczko to w czasie wojny zostało zniszczone w 90%. Bez trudu można znaleźć ślady dawnych walk. Zachęceni sprzyjającą aurą wędrujemy na pobliskie wzgórze, z którego podziwiamy panoramę najbliższej okolicy. Cała miejscowość schowana w dolinie i otoczona górami [foto], strzegącymi jej granic niczym dawni herosi. Piękny widok. W dalszej drodze zatrzymaliśmy się przy wspaniałym wąwozie [foto], przez który przepływa Biały Drin. Mogliśmy ponownie nacieszyć oczy. Ostatnim przystankiem w podróży przez Kosowo był Prizren. Urokliwe miasto z dużą ilością meczetów, które głośno nawołują wiernych. Naszą uwagę przykuła stara twierdza bizantyjska zbudowana na wielkim wzgórzu. Ogromne mury obronne [foto] świadczyły o jej dawnej świetności. Decyzja mogła być tylko jedna ? idziemy! 🙂 Ekipa powiększyła się o nowego kompana Marka, który zdecydował się powędrować z nami. Droga prowadziła kręta ścieżką między zboczami skalnymi, w których udało się nam wypatrzeć coś na styl dawnego posterunku obserwacyjnego [foto]. Będąc coraz wyżej zachwycaliśmy się rewelacyjnymi krajobrazami. Tego nam było trzeba. Wędrówkę urozmaicały ciekawe rozmowy, nie mogło oczywiście zabraknąć ?teorii strun?, którą wyłożył nam Jarek. Po dotarciu na szczyt znaleźliśmy się w centrum twierdzy. Dało się rozpoznać poszczególne elementy, które składały się na jej całość. Ujrzeliśmy też przepiękną panoramę miasta. Warto było się wspinać. Po zejściu do centrum ugasiliśmy pragnienie zimnym piwem. To był dobry dzień. Dalsza część wyprawy wiodła przez Alpy Albańskie do Durres, do którego dotarliśmy późnym wieczorem.


22.09.2010

Trasa: Durres ? Kruje ? Durres

Po znacznym śniadaniu, pełni mocy, ruszyliśmy dziś do Kruji (Źródło). Miasto to było pierwszą historyczną stolicą kraju. Tu również urodził się albański bohater narodowy Skanderberg. Usytuowane jest na zboczu masywu górskiego Kruja [foto]. Po przyjeździe zatraciliśmy się w małej uliczce handlowej [foto], pośród pracowni złotniczych, sklepików z wyrobami z metalu i srebra, z starymi militariami. Następnie, zaspokoiwszy swoje zapędy zakupowe, udaliśmy się na ruiny zamku Skanderberga. Mogliśmy stamtąd podziwiać przepiękna panoramę miasta wkomponowanego w zbocze górskie. Jakiż to musiał być widok kilka wieków temu? Zdecydowanie warto było tam dotrzeć. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o centrum Durres. Z odrobioną szczęścia udało się nam dostać na teren stoczni. Pod czujnym okiem ochrony zrobiliśmy nawet kilka fotek [foto]. Później wbiliśmy się do lokalu na dachu wieżowca skąd rozpościerała się panorama całego miasta. Dzień zakończył się konkretną imprezą integracyjną?


23.09.2010

Trasa: Durres ? Tirana ? Durres

Po konkretnej integracji zawsze musi być konkretne śniadanie 🙂 Dziś udajemy się do stolicy kraju, Tirany. Na początek odwiedzamy, mieszczący się ok. 15km od miasta Park Narodowy. Naszym celem jest góra Dajti (1610 m n.p.m.). Kolejką linową, podziwiając piękne widoki po drodze, w około kwadrans dostajemy się na wysokość ok. 1000 m n.p.m. Niestety aby iść wyżej trzeba mieć pozwolenie wojskowe. Inaczej wejdziesz na szczyt i cię zestrzelą 🙂 Zostaje nam nacieszyć oczy widokami, które mamy przed sobą [foto] oraz wspaniałą panoramą miasta [foto]. Ciekawostką jest, że cała góra usiana jest bunkrami strzegącymi dostępu na szczyt. Po zobaczeniu tego co było do zobaczenia wracamy na dół i jedziemy do centrum na Plac Skanderberga. I w tym momencie zaczynają się dziać rzeczy, które nie powinny mieć miejsca? Cała sytuacja zmroziła nam krew w żyłach, szczególnie mnie. Powiem tylko, że w 2 godziny wróciliśmy na Dajti Express, wjechaliśmy kolejką na górę, ruszyliśmy w teren i ponownie dojechaliśmy do centrum. Oj, działo się. Tirana z wysokości prezentowała się zdecydowanie lepiej niż od środka. Jak na stolice przystało ruch był ogromny, nie wspominając o nadpobudliwych kierowcach, którzy klaksonu używali jako przecinka w swoich wypowiedziach. Dostawaliśmy szału. Chwilę wytchnienia znaleźliśmy przy pomniku Chopina. Jednak pełnia szczęścia nastąpiła po opuszczeniu miasta i udaniu się do hotelu na zimnego ?Henryka?.


24.09.2010

Trasa: Durres ? Berat ? Sarande

Durres żegnał nas pięknym wschodem słońca. Nie czas jednak zachwycać się widokami. Przed nami długa droga. Ruszamy dalej na południe kraju do Sarandy. Przemierzając Albanię zatrzymujemy się w mieście Berat, które leży u podnóża łańcucha górskiego Tomorri. Piękne miejsce, w okolicy wzniesienia pokryte są drzewami oliwkowymi [foto], kręte uliczki między starymi domami tworzą niepowtarzalny klimat. Udajemy się do starej twierdzy bizantyjskiej, wzniesionej nad miastem. Jest to jedyne takie miejsce w Albanii, gdzie nadal mieszka ok. 200 rodzin. Twierdza jest zachowana w bardzo dobrym stanie, można w niej poczuć ducha wieków minionych [foto]. Niesamowita podróż w czasie? Odwiedzamy też Muzeum Onufrego, artysty, który pozostał po dziś dzień najsłynniejszym albańskim malarzem ikon [foto]. Wędrując murami twierdzy podziwiamy wspaniałą panoramę okolicy, stare cerkwie [foto], wąskie uliczki, spotykamy mieszkańców. Nasiąkamy tym klimatem. Po prostu kapitalne miejsce, szkoda tylko, że nie mamy więcej czasu i musimy iść dalej. Spadzistą, kamienistą drogą schodzimy do miasta i udajemy się do jego starej części. Domy wybudowane jeden nad drugim, na stromym zboczu, wyglądają rewelacyjnie [foto], tworząc ?miasto tysiąca okien?. Z żalem opuszczamy Berat i ruszamy w dalszą część trasy. Riwierę Albańską zasłoniła nam czarna kurtyna nocy. Mogliśmy jedynie rozróżnić ciemne kontury gór oraz dostrzec taflę morza. Do Sarandy docieramy późnym wieczorem. Na jutro jest zaplanowana wyprawa w góry. Na to czekaliśmy. Przy rakii dogadujemy szczegóły, właściciel hotelu Orest zaproponował, że podrzuci nas samochodem do punktu startowego. Wszystko układało się świetnie. Po spakowaniu całego sprzętu, zadowoleni położyliśmy się spać?


25.09.2010

Trasa: Sarande ? Gjirokaster ? Sarande

Saranda jest najbardziej nasłonecznionym miastem w Albanii. Przez 300 dni w roku panuje tu słoneczna pogoda? No to mamy wyjątkowego pecha! 👿 Od półtora miesiąca była tu świetna pogoda a mnie w nocy obudził ulewny deszcz. Krajobraz zatopiony w gęstwinie chmur, wilgotne powietrze, nieprzyjemnie robiło się od samego patrzenia. Czarna rozpacz! Wszystkie plany legły w gruzach. W takich warunkach co najmniej nierozsądna byłaby próba wyjścia w góry. Mijają kolejne godziny. Pada i leje, leje i pada, kolejność dowolna. Aby nie zmarnować całego dnia ok. południa jedziemy do Gjirokastry. Miasto usytuowane jest na trzech zboczach wzgórza. Stara część, na którą składają się domy z dachami pokrytymi płytami z kamiennych łupków, tworzy fantastyczny widok [foto]. Stąd nazwa ?Srebrne Miasto?. W strugach deszczu udajemy się na jedno ze wzgórz, gdzie znajduje się twierdza. Podziwiamy ogromną budowlę oraz znajdujące się tam muzeum [foto] z ekspozycja broni z czasów I i II wojny światowej. Wychodząc na mury mogliśmy w całej okazałości zobaczyć panoramę miasta [foto] i otaczających je gór. Właśnie po tych szczytach mieliśmy wędrować? Gdy spadło na nas już tyle deszczu, że więcej nie mogliśmy przyjąć, schroniliśmy się w małej restauracji. Zjedliśmy posiłek, którego nazwy nawet nie potrafię wymówić. Nie mniej był oryginalny i dobry. Droga powrotna nie napawała optymizmem. Lawiny chmur zsuwały się po zboczach w kierunku dolin niosąc kolejne opady deszczu. Miejmy nadzieję, że jednak jutro będzie lepiej?


26.09.2010

Trasa: Sarande ? Butrint ? Ksamili ? Sarande

Ostatnia szansa na zrealizowanie głównego celu wyjazdu spłynęła strumieniami deszczu? Po pięknym wschodzie słońca w kilka chwil, ściana wody zasłoniła horyzont. Leje? Przed południem przestaje padać, deszczowe chmury chowają się za górami, wychodzi słońce. Szybka reorganizacja i ruszamy do Butrinti. Jest to miasto ruin, w którym można zwiedzać odkryte zespoły archeologiczne. Odbywamy kolejną podróż w czasie. Podziwiamy wieże Wenecką [foto], Teatr, niesamowite wrażenie robi na nas Baptysterium [foto]. Cały kompleks jest bardzo ciekawy i godny uwagi. Zdecydowanie polecam odwiedzić to miejsce. Dobre warunki pogodowe i ogromna chęć wyjścia w góry zaowocowały decyzją, że razem z Jarkiem ruszamy pieszo przez pobliskie wzgórza w kierunku Ksamili i dalej do jeziora Butrintit. Początkowo droga nie stanowi problemu, rozkoszujemy się wędrówką, dość szybko zdobywamy wysokość. Do czasu? Gęstwina ciernistych krzewów [foto] skutecznie nas spowalnia. Kolce wbijają się w ubranie, w skórę, dosłownie we wszystko, czego efektem są rozdarcia, wszystkiego? Nie mogąc przebić się przez tę zaporę szukamy innej drogi. Zdecydowanie bardziej stromym i kamienistym zboczem wspinamy się dalej. Przyroda [foto], mimo iż surowa, zachwyca? Po dotarciu na szczyt obieramy azymut na Ksamili. Próbując szukać dobrej drogi usłyszeliśmy wołanie. Niezrozumiałe dźwięki przebiły się przez gęstwinę dzikiej roślinności i dotarły do naszych uszu. Podążając za głosem, wyszliśmy na kawałek otwartej przestrzeni, gdzie czekał na nas albański pasterz [foto]. Po serdecznym przywitaniu i krótkiej rozmowie w ?języku świata? dowiadujemy się wielu cennych informacji na temat ubioru w tej części gór. Nasz nowy przyjaciel wskazał nam również ścieżkę pasterską, którą mieliśmy dojść do celu naszej wyprawy. Jest to wyjątkowe przeżycie, doświadczyć tyle serdeczności od dopiero co poznanego człowieka. Słyszeliśmy historie o tej legendarnej uprzejmości Albańczyków a teraz mogliśmy jej skosztować. Piękna sprawa. Od tego momentu droga stała się o wiele przyjemniejsza, ze spokojem możemy podziwiać otaczające nas krajobrazy. Po zejściu niżej wchodzimy w gaj oliwny [foto]. W cieniu drzew wędrówka jest prawdziwą przyjemnością. Będąc już prawie na płaskim terenie mamy kolejną niespodziankę. Ponownie spotykamy albańskiego pasterza. Starszego, wyglądającego poważnie i dumnie, jednak przesympatycznego. Na powitanie nas uściskał i z ogromnym uśmiechem na twarzy opowiadał w swoim ojczystym języku. Chętnie pozował do zdjęć [foto]. Na odchodne przytulił każdego z nas i wskazał dalszą drogę. Niesamowite chwile. Doświadczyliśmy czegoś takiego pierwszy raz w życiu. Dopiero teraz poczuliśmy, że jesteśmy w Albanii, tak naprawdę? Szczęśliwi, szybkim krokiem przeszliśmy przez Ksamili w kierunku jeziora Butrintit. Jego woda jest mieszaniną wody słodkiej i słonej. W jeziorze są instalacje służące do hodowli małż. Wkomponowane w szczyty górskie prezentuje się bardzo okazale [foto]. Zaspokojeni dużą ilością wrażeń wolnym krokiem, kamienistą drogą, wędrujemy w kierunku Sarandy. W połowie drogi dogania nas nasz transport i całą ekipa wracamy do hotelu. Kapitalny dzień!


27.09.2010

Trasa: Sarande ? Heremec ? Sarande

Wstaliśmy dziś bardzo wcześnie aby wejść na małą górkę za Sarandą i zobaczyć wschód słońca. W nocy nie było łatwo wydostać się z miasta. Poplątane uliczki ciągnęły się w nieskończoność. Gdy w końcu udało się wyjść, zaczęliśmy wspinaczkę kamienistym zboczem. Z wysokości Saranda [foto] mieniąca się setkami świateł wyglądała imponująco. Gdy byliśmy ok. 400 m nad miastem, rozstawiliśmy sprzęt i czekaliśmy. Spektakl był przedniej urody. Blask wschodzącego słońca [foto] rozpościerający się nad górami wprawiał w zachwyt. Zdecydowanie warto było to zobaczyć. Gdy zrobiło się już wystarczająco jasno zrobiliśmy rekonesans terenu i postanowiliśmy gdzie uderzamy. Najpierw jednak trzeba było wrócić i uzupełnić zapasy. W hotelu zjedliśmy szybkie śniadanie, chwilę odpoczęliśmy i w drogę. Dołączyła do nas Mariolka. Jak później zeznawała na przesłuchaniu, była to bardzo dobra decyzja z jej strony. Po przebiciu się przez hałaśliwe miasto znaleźliśmy ścieżkę pasterską, którą dotarliśmy na szczyty gór Heremec. Dzikie górskie zbocza nie ułatwiają wspinaczki [foto]. Pionowe kamienie wśród wysokiej trawy bywają zdradliwe. Pękają, przewracają się, są śliskie? Dlatego tak ważne było wypatrywanie ścieżek. Pogoda dopisała idealnie, krajobrazy były przepiękne [foto]. Szczyty górskie skąpane w chmurach na wschodzie, po przeciwnej stronie błękitne niebo. Jakże przyjemnie się wędrowało! 🙂 Mijane co chwila kamienne zagrody pasterskie, unikatowa roślinność i zapach ziół pozostaną w naszej pamięci na zawsze. Będąc już daleko od cywilizacji natrafiliśmy na obóz. Niżej znajdowała się zagroda dla zwierząt z wielkim kolorowym namiotem [foto]. Aktualnie pełnym psów, gotowych pogryźć każdego kto zbliży się za bardzo? Wyżej była część mieszkalna. Dwa mniejsze namioty [foto], płot i jeszcze bardziej wściekłe psy. Nie było nam do śmiechy gdy znaleźliśmy się pomiędzy sforami, w potrzasku. Trzeba było nadłożyć sporo drogi aby obejść ten teren. W końcu wdrapaliśmy się ponownie na szczyt. Niestety nie mogliśmy już wypatrzeć żadnej ścieżki. Na szczęście w oddali zieleniła się dolina, na której miałem nadzieje znaleźć drogę w kierunku Sarandy. Udało się 🙂 Wędrując już spokojnie i podziwiając otaczający nas świat trafiliśmy na duże stado owiec, wraz z strzegącym ich pasterzem [foto]. Miłe przywitanie, krótka rozmowa, w której otrzymaliśmy wskazówki co do ubioru w góry i wymiana podarunków. Z naszej strony upominek z Polski, a od albańskiego pasterza wskazanie drogi wraz z dotrzymaniem towarzystwa do jej początku. Długo jeszcze stał na szczycie sprawdzając czy odbijemy we właściwą ścieżkę. Kolejne niepowtarzalne doświadczenie. Piękne przeżycie. Wiedząc, że schodzimy właściwą drogą, choć zmęczeni, bardzo cieszyliśmy się z całego dnia. Wspaniała wyprawa. I jedno jest pewne. Uwielbiam ścieżki albańskich pasterzy! 🙂


28.09.2010

Trasa: Sarande ? Ioannina ? Korce

Opuszczając Sarande chmury były nisko zawieszone na niebie. Jadąc serpentynową drogą przez góry niemalże można było ich dotknąć. Znowu padał deszcz. Mieliśmy wiele szczęścia, że wcześniej pogoda dopisała i było można wędrować. Teraz zbocza wyglądały złowrogo i jeszcze bardziej niedostępnie. Udajemy się z krótką wizytą do Janiny w Grecji. Odprawa na granicy do najprzyjemniejszych nie należała. Brak organizacji, wszystko trwa długo? No i za kilkugodzinny pobyt trzeba było zapłacić 45?. Na szczęście są też pozytywy. Przestało padać a i widoki za oknem zrobiły się całkiem przyjemne. Po dotarciu na miejsce i krótkim zwiedzaniu starych ruin udaliśmy się na poszukiwanie jadła. Zaspokoiwszy apetyt i pragnienie mogliśmy spokojnie pokręcić się po uliczkach miasta. Czas szybko mijał i trzeba było ruszać dalej. Celem na dziś jest dotarcie do Korczy. Z położonego na zboczu górskim hotelu mieliśmy wspaniały widok na panoramę miasta [foto].


29.09.2010

Trasa: Korce ? Voskopoje ? Korce

Albańska ?jajecznica? jest zbyt tłusta i zbyt ciężka. Czułem ją jeszcze długo po przyjeździe do Voskopoje. Miejscowość ta jest położona na wysokości ok. 1160 m n.p.m. i otoczona górami. Znajdują się w niej zabytkowe kościoły [foto], z których dwa odwiedziliśmy. Obecnie jest to mała wioska i pewnie dlatego mieliśmy niewątpliwą przyjemność spotkać albańską babinkę niosąca kosz ściętych jagód [foto]. Unikatowy widok. Po powrocie do Korczy na długie godziny zagubiliśmy się w klimatycznych uliczkach starszej części miasta.


30.09.2010

Trasa: Korce ? Ohrid ? Struga

Nadszedł czas aby zostawić Albanię i udać się w drogę powrotną. Jej granice opuszczamy w urokliwym miejscu nad jeziorem Ochrydzkim. Przejście graniczne z Macedonią będziemy wspominać jako najciekawsze. Ogromne jezioro na tle gór prezentuje się rewelacyjnie [foto]. Spacer jego brzegami [foto] i podziwianie krajobrazów [foto] dostarczyło nam wielu pozytywnych wrażeń. Jadąc dalej trasą prowadzącą dookoła jeziora docieramy do Ohrydu. Miasto posiada klimatyczne uliczki, wiele zabytków, z których największe wrażenie wywarły na nas Amfiteatr [foto] oraz twierdza Samuela. Z jej murów mogliśmy zachwycać się panorama miasta [foto] oraz przepięknym widokiem samego jeziora i okolicznych gór. Dużym zaskoczeniem dla nas była spora ilość ?Maluchów? na drogach [foto]. Na wąskie uliczki ? idealne. Pogoda dopisała idealnie i zdecydowanie poprawiły się nasze nastroje. Z mocnym postanowieniem odwiedzenia Ohrydu ponownie jedziemy do Strugi, gdzie czeka na nas zarezerwowany nocleg.


01.10.2010

Trasa: Struga ? Tetovo ? Skopje ? Szeged

Mamy dziś do pokonania spory kawałek drogi. Przemierzając Macedonię poprzez malownicze krajobrazy coraz bardziej pragniemy wrócić tu na dłużej. W miejscowości Tetovo odwiedzamy zabytkowy meczet [foto]. Pięknie zdobiony [foto] z niesamowitym klimatem [foto] zrobił na nas duże wrażenie. Ostatnim przystankiem jest stolica kraju Skopje. Nad miastem górują ruiny starej twierdzy [foto]. Mury są sukcesywnie odnawiane, prowadzone są tez prace wykopaliskowe [foto]. Całość wygląda naprawdę imponująco [foto]. Pozostała część dnia minęła w drodze do Szegedu, gdzie spędziliśmy ostatnią noc wyprawy.


02.10.2010

Trasa: Szeged ? Poznań

Jedziemy, jedziemy i jedziemy? Aż w końcu, w środku nocy docieramy do Poznania. Zmęczeni, ale zdecydowanie zadowoleni z tego co zobaczyliśmy i co udało się nam przeżyć.

Krzysiek


]]>
http://www.frihet.pl/2010/10/wyprawa-na-balkany/feed/ 6
Wyjazd do Paryża http://www.frihet.pl/2010/06/wyjazd-do-paryza-2/ http://www.frihet.pl/2010/06/wyjazd-do-paryza-2/#comments Fri, 04 Jun 2010 15:59:43 +0000 http://www.frihet.pl/?p=2447
Wieża Eiffla

Wieża Eiffla


Paryż to miasto miłości, romantyzmu i kultury. Kolorowe, różnorodne, pełne ludzi. Najczęściej kojarzone z Wieża Eiffla, jednak wypełnione pięknymi zabytkami. Można w nim odbyć podróż w czasie. Jedno jest pewne ? Paryż warto zobaczyć.


20.05.2010

Nasza podróż rozpoczęła się w Poznaniu Ławica od 45 minutowego opóźnienia samolotu. Samo życie 🙂 Dodatkowe minuty wykorzystaliśmy na zaznajomienie się z dokładnym planem lotniska. A z uwagi na jego rozmiary szybko zajrzeliśmy w każdy kąt. Wreszcie kiedy wzbiliśmy się w przestworza naszym oczom ukazało się słońce, które od kilku dni skąpiło swoich promieni. To właśnie była zapowiedź przepięknej pogody jaka czekała na nas w Paryżu, jak i również cudownej podróży.
Po dotarciu na lotnisko Beauvais dość sprawnie udało nam się odebrać bagaż, kupić bilet i zapakować się do autokaru kursującego do Porte Maillot w centrum miasta. Potem szybko metrem dostaliśmy się do naszego hoteliku De Lorraine. Po zameldowaniu i pozytywnych oględzinach pokoju (była w nim nawet miniaturowa łazienka) ruszyliśmy na miasto. Nasz hotel znajdował się w ?dzielnicy fryzjerów?. Tak ją nazwaliśmy, ponieważ naszpikowana była różnej maści salonami fryzjerskimi i sklepami z wyposażeniem [foto] tychże sklepów. Widok co najmniej niecodzienny tym bardziej, że właściciele na brak klienteli raczej narzekać nie mogli 🙂 Szybko udzielił się nam klimat tego miasta, zauważyliśmy otwartość ludzi oraz ich spokojniejszy i bardziej wyluzowany tryb życia. Idąc ulicami mijaliśmy ich siedzących przy stolikach różnorodnych kawiarni, popijających kawę, piwo, wino. Wyglądali na zadowolonych z życia…
Jednak Paryż to nie tylko tacy ludzie. Zresztą jak wszędzie… Bieda przeplata się z bogactwem. Ludzie bezdomni [foto] z masą turystów. Kontrastów nie brakuje. Wędrując dalej ukazała się nam Katedra Notre-Dame, która zachwyca w środku przepięknym witrażem [foto]. Tuż obok mieliśmy okazje zobaczyć uliczny występ chłopaków będących na bakier z grawitacją [foto]. Widowisko obejrzeliśmy do końca. Po wrzuceniu kilku centów do kapelusza ruszyliśmy dalej do Louvre, przeszliśmy dziedzińcem kwadratowym, a następnie Polami Elizejskimi w kierunku Łuku Triumfalnego. Po wdrapaniu się na szczyt krętymi schodami naszym oczom ukazał się widok na Wieże Eiffle oraz piękna panorama miasta [foto] tonącego w promieniach zachodzącego słońca. Wśród masy turystów udało się znaleźć wolny kawałek podłogi i zrobić odpoczynek. Pośród tłumu bez trudu dało się usłyszeć polski język. Nasi są wszędzie 🙂 O godz. 22:00 Eiffla została oświetlona jak choinka [foto]. Tłum rzucił się do robienia fotek. Pewnie stąd zakaz focenia na statywie. Życie i zdrowie turystów zawsze na pierwszym miejscu 🙂 Miasto zarabia przecież na nich krocie. Po nacieszeniu oka widokiem, poszliśmy pod samą wieże. Zacnie prezentowała się z bliska, konstrukcja robi ogromne wrażenie. Nie obyło się bez sesji fotograficznej [foto]. Zrobiło się już późno… Wolnym krokiem wracaliśmy wzdłuż Sekwany. Pierwszy dzień zakończył się dla nas o godz. 3:00 kiedy to zapadliśmy w głęboki sen po dniu pełnym wrażeń, a następne były jeszcze przed nami…


21.05.2010

Ten dzień był przeznaczony na zwiedzanie Wersalu. Lokalizacja naszego hotelu pozwalała na bardzo szybkie dotarcie do stacji metra (trzeba było przejść przez ulicę ;). Następnie przesiadka na pociąg, który bezpośrednio dowiózł nas do pałacu (oddalonego od miasta o 24 km). Pierwsze wrażenie po zobaczeniu pałacu ? przepych [foto]. Oj żyli sobie w tamtych czasach… Podzieliliśmy nasze role: Krzysiu poszedł robić zdjęcia, a ja ustawiłam się w kolejce po bilety. A, że znany z nas duet wszystko poszło sprawnie. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wnętrza pałacu. Naszym oczom ukazały się komnaty, w których było widać brak ograniczeń finansowych przy projektowaniu wnętrz. Sufity pokryte przepięknymi malowidłami [foto], krzesła, łóżka, kominki… Złoto dało się zauważyć na każdym kroku, w każdym miejscu.. Niesamowite wrażenie zrobiła na nas sala lustrzana [foto]. Zapewne musiały odbywać się tam cudowne bale…
Po przejściu wszystkich udostępnionych komnat udaliśmy się do idealnych ogrodów francuskich. Wszystko tam była równiutko poprzycinane, rosło w prostych liniach, żadna roślina nie była chora. Perfekcja pod każdym względem. Przyszła pora na odpoczynek i posiłek. Wśród zielonych labiryntów znaleźliśmy jadłodajnie. Pomimo tego, że byliśmy we Francji żadne z nas nie miało ochoty na ślimaki bądź żabie udka. Pozostaliśmy przy pizze, makaronie, a na deser przepyszne lody. Po naładowaniu baterii ruszyliśmy dalej do komnat Marii Antoniny, które mieściły się w znacznej odległości od samego pałacu. Tam również było bogato [foto] jednak nie tak sztywno. Mając już w nadmiarze architektury ruszyliśmy do ogrodów. Spacerując alejkami niespodziewanie dotarliśmy do części, gdzie kiedyś mieszkała służba i ?zaopatrzenie? pałacu. To było prawdziwie zaskakujące odkrycie. Wszystko było utrzymane w idealnym stanie i wyglądało tak jakby nadal żyli tam ludzie. W ogródkach przydomowych rosły warzywa, kwiaty, założone były młode plantacje winorośli [foto]. W stawie pływały łabędzie oraz mnóstwo karpi. Było ich naprawdę sporo, a co po niektóre pokaźnych rozmiarów. W powietrzu pachniało bzem i glicynią (wisteria). Domki [foto] wyglądały jak z bajki… Miejsce to miało swój urok, swoją magię. Wywarło na nas większe wrażenie niż komnaty o których szybko wtedy zapomnieliśmy. Naturalnie zdobyło i naszą sympatię 🙂 W dalszej części trafiliśmy na farmę, na której żyły sobie świnki grubaski [foto], kózki kozaki [foto], barany ładne [foto] i pokręcone [foto], osiołki, gęsi. Prawdziwe zoo. Natomiast kiedy to wszystko zaczęło ze sobą gadać było jak na jarmarku 🙂
Spędziliśmy tam cały dzień, spacerując i podziwiając otaczający nas krajobraz [foto]. Mimo to i tak nie udało się nam jeszcze wszystkiego zobaczyć, więc jest powód aby tam jeszcze wrócić 🙂
W drodze powrotnej na stacje zboczyliśmy nieco z drogi i znaleźliśmy się w jakimś pod paryskim miasteczku, które urzekało swoim pięknem i spokojem. Później się okazało, że był to Montreal, w którym wsiedliśmy do pociągu ?widmo?, który dowiózł nas do centrum Paryża.
Ten dzień zakończyliśmy lampką szampana… 🙂

22.05.2010

Tego dnia przyszedł czas na wdrapanie się na Wieżę Eiffle (324 m). Po dotarciu na miejsce jak zwykle zastaliśmy kolejki tłoczące się po bilety. Szybki podział ról i po upływie ok. 2 godzin byliśmy na szczycie, skąd mieliśmy przepiękny widok na całe miasto [foto]. Widoczność była rewelacyjna więc mogliśmy nacieszyć nasze oczy [foto]. Gdy ponownie znaleźliśmy się na dole było już sobotnie popołudnie. Wszelkie trawniki i parki były wypełnione odpoczywającymi tam ludźmi. My oczywiście również nie odmówiliśmy sobie tej przyjemności i na chwile przycupnęliśmy na trawce [foto]. Następnie udaliśmy się do Pałacu Inwalidów, który powstał w 1676 roku i miał służyć jako przytułek dla francuskich weteranów wojennych [foto], czy bezdomnych. Obecnie mieści się tam muzeum wojskowe.
Po tak intensywnej pierwszej części dnia przyszedł czas na odpoczynek i regenerację sił. Wróciliśmy do hotelu. Późnym popołudniem wyruszyliśmy na nocne zwiedzanie Paryża. Na Placu Saint-Michel mieliśmy okazje zobaczyć uliczne występy, które zachwycały swoją odmiennością. Chłopaki zorganizowały prawdziwe show [foto]. Jako, ze nie mieliśmy daleko udaliśmy się zobaczyć Katedrę Notre-Dame o zachodzie słońca [foto] ? cudowny widok. Wędrując wzdłuż Sekwany urzekł nasz sposób spędzania sobotniego wieczoru przez młodych ludzi. Siedzących w gronie znajomych, popijających wino, jedzących bagietki, rozkoszując się ta błogością chwili. Byli tam też ludzie, którzy dla relaksu łowili ryby. Co mnie tez bardzo urzekło w tym mieście to to, że ludzie potrafili okazywać sobie tam uczucia na każdym kroku. Całowali się, obejmowali się bez względu na wiek. Nie było to nic wymuszonego tylko spontaniczność i chęć bycia z drugą osobą. Nic dziwnego, że Paryż jest nazywany miastem miłości… Tą atmosferę trzeba poczuć, a reszta przychodzi sama…
Po niewielkich problemach komunikacyjnych nadszedł czas na nocny pokaz świateł na Wieży Eiffla [foto] i postanowienie, że jeszcze tu wrócimy…

23.05.2010

To już niestety nasz ostatni dzień 🙁 Rano wybraliśmy się na spacer uliczkami [foto] Paryża. Miasto wolno budziło się do życia. Kilka osób siedziało przy stolikach kawiarni, popijając poranną kawę i czytając prasę. Ktoś rozkładał towar przed sklepem, ktoś śpieszył się do metra, ktoś robił zdjęcie…

Martyna


]]>
http://www.frihet.pl/2010/06/wyjazd-do-paryza-2/feed/ 1