Wyprawa w Pieniny

Sokolica

Sokolica 747 m n.p.m.

Wyprawa pod wieloma względami wyjątkowa. Jesień w górach, ich barwy i piękno, nowi członkowie ekipy i jak się okazało, nowa forma wyjazdu. Nie zraziły nas nie najlepsze prognozy pogody ani korki na drogach. Najważniejsze było aby tam być, razem, bo przecież prawdziwe szczęście jest wtedy gdy możemy je dzielić z przyjaciółmi… Oto co zostało zapisane w księgach Frihetu :

Krzysiek


10.10.2009
Trasa: Szczawnica – Sokolica – Trzy Korony – Czerwony Klasztor – Szczawnica
Czas przejścia: 9h 30 min
Dystans: 33 km

Zobacz trasę Pobierz trasę

Do Szczawnicy dotarliśmy o różnych porach. Pierwsi Tomek i Angelika przyjechali wieczorem i zaklepali noclegi. Reszta Frihetów naczelnych w składzie Martyna, Paulina, Krzysiek, Paweł  i Dżarek dołączyli późną nocą. Następnego dnia, w sobotni poranek…Jesienna aura, górskie powietrze, cichutki szum rzeki w oddali…. Wyruszyliśmy by osiągnąć nasz cel, czyli Trzy Korony. Początek niebieskiego szlaku zaczął się od tratwowej przeprawy przez Dunajec [foto]. Rezolutny flisak Józef  zgarnąwszy po 2 zł od głowy zrobił swoje i odpłynął życząc nam udanej wędrówki;) Zaczęła się ostra wspinaczka w górę, ale opłacało się. Pierwszym zjawiskowym szczytem na naszej trasie była SOKOLICA(747m n.p.m.) ze słynną, przechyloną nad urwiskiem sosną [foto].Widok ze szczytu na kolorową mozaikę drzew porastające widoczne góry był powalający….
Wędrowaliśmy dalej… Minęliśmy Czertezika, potem Zamkową Górę. W strugach zaczynającego padać deszczu maszerowaliśmy do przodu. Pogoda tego dnia, a właściwie jak to bywa w górach była nieprzewidywalna. Na przemian padało i wychodziło słońce. Gdy dotarliśmy do Trzech Koron okazało się ze wstęp na platformę widokową jest płatny – 4 zł. No cóż, nie można było być tak blisko i zawrócić. Zapłaciliśmy;/  Wszystko byłoby ok. gdyby nie tłum ludzi i niewielki ścisk na w/w platformie. Szybka rotacja, jednokierunkowy ruch na schodach i zaczynaliśmy schodzić żółtym szlakiem w kierunku Sromowic Niżnych. Na dole czekało na nas schronisko. Oczywiście najedliśmy się do syta, a schabowy powinien być godłem naszej ekipy:)
Ze Sromowic Niżnych przeszliśmy niedawno wybudowaną kładką przez Dunajec na stronę słowacką. Tam w strugach padającego deszczu zahaczyliśmy o Czerwony Klasztor i nasiąkając z minuty na minutę wędrowaliśmy brzegiem Dunajca w stronę Szczawnicy, cały czas po słowackiej stronie. Po drodze byliśmy atrakcją turystyczną dla spływających rzeką turystów płynących tratwami:) Różnorodność kolorów liści na otaczających nas drzewach i pejzaże po obu stronach rzeki [foto] malowane na naszych oczach sprawiały że zapominaliśmy o zmęczeniu i przenikającej w nasze ubrania wodzie. Jesień w górach jest jak paleta artysty malarza, którego właśnie dopadła wena twórcza….To trzeba zobaczyć by się przekonać..
Gdy dotarliśmy do Szczawnicy zrobiliśmy małe zakupy i udaliśmy się w stronę kwater. Tam zaczęło się wielkie suszenie. Suszarka przeszła wszelkie testy wytrzymałościowe ale i tak nie zdołała wysuszyć wszystkiego. Nas zagrzał za to zapał do oglądania transmisji meczu Polska-Czechy. Znając styl gry naszych rodaków postanowiliśmy kibicować drużynie przeciwnej;) Opłacało się:)
Zmęczeni i jakże zadowoleni udaliśmy się do swoich łóżek mówiąc sobie nie tylko dobranoc ale także-zobaczymy jaka jutro będzie pogoda…..
[TB]


11.10.2009

Trasa: Zamek w Niedzicy – Wieliczka (kopalnia soli) – Ogrodzieniec – Olsztyn k/Częstochowy – Częstochowa/Bydgoszcz/Poznań

Zgodnie z umową z dnia poprzedniego, rano mieliśmy ostatecznie zadecydować jak będzie przebiegał dzień 2 wyprawy.
Po ocenie częstotliwości spadających na ziemię kropel deszczu oraz nisko zawieszonych chmur zdecydowaliśmy się na plan „B”.
Plan był efektem burzy mózgów przeprowadzonego podczas sobotniego meczu (nasi wygrali). Decyzja podjęta… Pakujemy manatki i ruszamy do zamku w Niedzicy. Po dotarciu na miejsce podzieliliśmy się na dwie grupy. Polcia, Martynka, Krzysiek, Paweł i Dżarek udali się w kierunku zamku, natomiast Tomek i ja (Angelika) w stronę zapory. Nasza rozłąka nie trwała długo. Po jakimś kwadransie grupa Frihetów naczelnych wyłoniła się zza elektrowni wodnej. Spacer po tamie i okolicy, oraz towarzystwo Młodych Frihetów okazały się być bardziej interesujące aniżeli zwiedzanie zatłoczonego zamku, który niewątpliwie godny jest uwagi.
Podążając w stronę osamotnionego, drewnianego domku na wzgórzu (który jak się później przekonaliśmy był bacówką), napotkaliśmy metalowego grzyba z zielonym kapeluszem, który przykuł nasza uwagę. Tabliczka znamionowa „grzyba” zdradziła nazwę, która nie była nam wcześniej znana – PIEZOMETR http://pl.wikipedia.org/wiki/Piezometr
[AS]

Wyruszyliśmy dalej… W drodze do Wieliczki obudził się w nas mały głód, a raczej głodek 🙂 Udusiliśmy go hot-dog`ami na Orlenie 🙂 Po dotarciu na miejsce udaliśmy się do słynnej kopalni soli. Zazwyczaj ekipa Frihetu wspina się w górę, tym razem zeszliśmy schodami [foto] pod ziemię. Dziwne uczucie… Podmuchy przemieszczającego się po korytarzach powietrza sprawiały wrażenie nadjeżdżającego metra:) Ściany błyszczały jakby były z kryształkami lodu, w rzeczywistości jest to sól. Aż trudno uwierzyć, że długość wszystkich korytarzy ma prawie 300km długości. Zwiedziliśmy wraz z przewodnikiem tylko ok 2km chodników, a w tym wspaniałe komnaty z różnorodnymi rzeźbami. Chyba najbardziej widowiskową z nich była Kaplica św. Kingi [foto]. Wydaje  się to nieprawdopodobne że pod ziemią są takie wielkie wyrobiska, porównywalne wielkością z salami gimnastycznymi w SP. Na drodze zwiedzania znalazła się tez sala w której nakręcono kultowy film „Sexmisja”:)
Na końcu podziemnej wędrówki ukazał się bufet. Bigos, fasolka po bretońsku, jakieś piciu, czop-czop… i biegiem do windy-jeśli można ją tak nazwać. Do rzekomej windy zostaliśmy „zapakowani” jak sardynki. Poczuliśmy się troszkę oszukani. Zamknięto nas samych, bez nikogo z obsługi. Niczym straceńcy, którym obiecano wywiezienie na powierzchnię, a tak naprawdę mogliśmy być zrzuceni w czeluście kopalni. Na szczęście to tylko nasze czarne myśli:)  Szybka jazda ze szczyptą strachu wagonikiem w górę i gotowe:)
Ruszając dalej postanowiliśmy zwiedzić ruiny zamku w Ogrodzieńcu. Niestety zła aura sprzyjała w ten dzień wypadkom na drogach i tkwiliśmy w małych korkach, dlatego też dotarliśmy zbyt późno by wejść na teren zamku:( Zwiedzanie było niemożliwe, ale za to napałaliśmy się jego widokiem z zewnątrz [foto] i postanowiliśmy wrócić tam innym razem.
Tak wciągnęła nas sypiąca się wapienna architektura, że postanowiliśmy w drodze do domu zwiedzić jeszcze jedne ruiny zamku [foto], które znajdują się w Olsztynie k/Częstochowy. To początek Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Zamek ten choć mniejszy od tego w Ogrodzieńcu też zrobił na nas wielkie wrażenie. Tam też urodził się pomysł by z uczestników wyprawy stworzyć napis FRIHET [foto]. Chwilę przed tym pamiętnym wyczynem, tuż przed  nami pojawiło się stado kuropatw i każdy pogonił jedną z nich rozbiegając się w różnych kierunkach:))
Ogólnie poczucie humoru towarzyszyło nam przez cały czas od chwili spotkania…..To trzeba przeżyć wybierając się na wyprawę z ekipą Frihetu:)
Wszystko co ma początek, ma też swój koniec :/
Grupa Frihetów naczelnych wyruszyła w stronę domu (Poznań), a Tomek i Angelika zostali w Częstochowie. Pożegnanie było dłuuugie i widowiskowe, z uśmiechami na twarzach, a jednak ze smutkiem w środeczku…Chwile później dwa automobile rozjeżdżające się na rozwidleniu szos. Ostatnie gesty przez otwarte okna  ……eh…..smutno….(hlip,hlip)

Ale…czas start-odliczanie do następnej wyprawy;)
[TB]

tbas – świeżo upieczeni kadeci frihetowskich szeregów, a zarazem ich pierwszy, wspólny i dziewiczy opis wyprawy. Pozdrawiamy wszystkich, którzy to przeczytali i wciąż żyją:)

Tomasz i Angelika


October 12, 2009 · Opublikowany w Wyprawy po Polsce 

7 komentarzy to “Wyprawa w Pieniny”

  1. jarek on October 13th, 2009 22:05:49

    Choć na wyprawę poświęciliśmy zaledwie weekend WARTO BYŁO.
    Pieniny mimo małej wysokości są po prostu fantastyczne!!!, urokliwe skalne pejzaże wzbogacone są jesienną barwą roślinności, która w tych górach jest naprawdę różnorodna. Na długo w mojej pamięci pozostanie także widok ruin zamku w Ogrodzieńcu, któremu niesamowitej tajemniczości dodał zmierzch oraz zaczynająca się wówczas burza….

  2. jarek on October 13th, 2009 22:08:47

    Dodam jeszcze że cały czas towarzyszył nam niesamowity humor Tomka – taki czasem z Monthy Phytona – (moi ulubieńcy) 🙂

  3. Mariolka on October 14th, 2009 10:32:36

    Dżarek masz całkowitą racje. Góry o tym czasie są naprawdę piękne. Ta ich paleta barw chyba każdego zachwyca, a doborowe towarzystwo wypełniło całą resztę. Ja zawsze chciałam zobaczyć tą sosnę na Sokolicy. Główny motyw wielu pocztówek no i zobaczyłam. Ba nawet mamy przy niej sesje zdjęciową:)
    Kolejna udana wyprawa, wnosząca coś nowego i poszerzająca nasze horyzonty. Zamki też były super nie mówiąc już o „Wieliczce”. Kto by pomyślał, że w głębi ziemi mogą być porobione tak wielkie „komnaty”. Niestety bilety wstępu są dość drogie, ale warto się skusić choć by po to aby zobaczyć kaplice św. Kingi. Robi naprawdę niesamowite wrażenie.

  4. tbas on October 14th, 2009 15:14:00

    co tu dużo pisać…Było frihetowo:) i jeszcze nieraz będzie 😛

  5. tbas on October 15th, 2009 16:52:41

    co do zamków to też racja,niczym ze Świętego Graal`a z Monty Python`a 😀

  6. tbas on October 15th, 2009 20:36:40

    AA!!! I jeszcze coś!! Nie wiem jakim cudem Mariolka skakała z GPSem na druga stronę rzeki w drodze powrotnej:D Mapa wyraźnie to pokazuje:)

  7. polcia on October 18th, 2009 14:27:14

    Wyprawa baaardzo pozytywna i pomimo niesprzyjającej pogody bardzo udana…:-) I ta nocna eskapada po zamkach….Pozdrawiam wszystkich uczestników;-)

Odpowiedz

Musisz być zalogowany aby pozostawić komentarz.

Loading Facebook Comments ...